Używamy cookies i podobnych technologii m.in. w celach: świadczenia usług, reklamy, statystyk. Korzystanie z witryny bez zmiany ustawień Twojej przeglądarki oznacza, że będą one umieszczane w Twoim urządzeniu końcowym. Pamiętaj, że zawsze możesz zmienić te ustawienia. Szczegóły znajdziesz w Regulaminie.

Rozumiem

Środa, 24/05/2017

Portal dzielnic: Orunia Dolna, Orunia Górna, Lipce, Św. Wojciech, Olszynka, Ujeścisko

menu menu menu menu menu

REKLAMA

Kiedyś ogrody, teraz...dziury

 2 dodane: 17:15, 06/02/11

tagi:historiaAdriatramwajGościnnaParkowaogrody

O oruńskim „garden party”, zabarykadowanym komisariacie, metodzie „na Barana”, gościnności a la „Adria”, tramwaju „w oknach”, „przeklętym domu” i nietypowych recitalach w Parku – opowiada muzyk Aleksander Śliwa, związany z Orunią od lat 60-tych, a obecnie mieszkaniec jej górnej części.

Kiedyś ogrody, teraz...dziury
Kiedyś ogrody, teraz...dziury
Fot. p.olejarczyk

Fotografia 1 z 2

Współpomysłodawca zespołu „Motława River Band”. Wielki miłośnik jazzu tradycyjnego. Od 1991 roku mieszka na Oruni Górnej. A wcześniej...

Kiedy i w jaki sposób zaczęła się Pana „przygoda” z Orunią?
W latach sześćdziesiątych przyjeżdżałem na konsultacje do Szkoły Muzycznej przy ulicy Gościnnej. Mój kuzyn, wybitny kontrabasista, był tutaj nauczycielem. Również na Gościnnej mieszkał mój brat. To był dla mnie taki punkt zaczepienia, tutaj spędzałem dużo czasu. Stopniowo zacząłem poznawać wielu oruniaków.

Jak wówczas wyglądała Orunia?
To, co od razu rzucało mi się wtedy w oczy, to wielka ilość ogrodów. Były właściwie przy każdym budynku. Można powiedzieć, że Orunia to była właśnie taka dzielnica ogrodów. Kamienice były często zaniedbane, widać było biedę, ale wszędzie dookoła było pełno zieleni. Oruniacy hodowali kwiaty, warzywa, owoce. Co ważne, te ogródki, szczególnie latem, były pełne ludzi. Było trochę picia, krzyków i śmiechu. Takie oruńskie „garden party”. Tutaj toczyło się życie towarzyskie. Jak już się „wrosło” w tę dzielnicę, Orunia była naprawdę fajnym miejscem. Ludzie byli przyjaźnie nastawieni. Jednak obcy musieli mieć się na baczności.

Było tak niebezpiecznie?
Pamiętam moje zdziwienie, kiedy zobaczyłem jak w nocy wygląda tutejszy posterunek milicji. Był zamykany na takie wielkie okiennice. Wyglądało to trochę tak, jakby milicjanci barykadowali się w środku. I po 21 w okolicy zaczynał się prawdziwy „Meksyk”. Młodzież rzucała w te zabite okna butelkami, wyzywała milicjantów od najgorszych. A tak zwani stróże prawa nie reagowali. Moim zdaniem, w latach 60-tych milicja w ogóle nie panowała nad tą dzielnicą. Czasami w nocy jakieś milicyjne „nyski” pokazywały się tu i ówdzie, ale działo się tak tylko wtedy, gdy naprawdę dochodziło do jakieś groźnej sytuacji.

A Pan jak przestał być „obcym”?
Moja bratowa miała braci, którzy mieszkali i byli znani na Oruni. Jeden z nich, Radek, zawsze mi mówił, że „jak coś”, to mam powoływać się na znajomość z „Baranem”. Później już coraz więcej oruniaków mnie kojarzyło i miałem spokój. Ale na początku kilka razy dostałem w skórę.

Za to, że nie był Pan z Oruni?
Między innymi i za to. Ale oberwać można było w sumie za wszystko. Na zasadzie: „Daj papierosa”, „Nie palę”, „Jak to nie palisz? Zaraz damy ci ognia”. I człowiek dostawał łomot. Przy Parku Oruńskim było szczególnie niebezpiecznie. Tam nawet tutejsi bali się chodzić po nocy.

Pamięta pan „Adrię”, albo inne oruńskie pijalnie i restauracje z tamtych czasów?
A jakże. Oczywiście, że pamiętam. Oprócz „Adrii” była jeszcze „Parkowa”. Mieściła się na parterze, niedaleko Raduni. Można było tam dobrze zjeść i wypić. W lato siedziało się w ogródku na zewnątrz knajpy. Pod koniec lat 70-tych, „Parkową” zamknęli. Ktoś tam później zrobił chyba jakiś fitness klub, ale i ten interes nie wypalił. Ale to „Adria” była taką główną speluną na Oruni.

Chodził Pan do niej?
Byłem tam kilka razy. Z bratem i znajomymi chodziło się tam na różne bankiety. „Adria” to była mordownia. Oberwać tam można było nawet od kelnera. Raz zdarzyło mi się trafić tam ze swoją dziewczyną. Sytuacja była nieciekawa.

Co się stało?
To był jakiś 1973-74 rok. Byliśmy z dziewczyną na „Spartakusie” w oruńskim kinie „Kosmos”. Po seansie idziemy na przystanek. Czekamy na autobus. A tu takich dwóch czy trzech gości zaczyna się nami interesować. Nawiązuje się rozmowa. No więc jadę starym schematem - „na Barana”. Ale tu nagle jeden z nich mówi: „Baran? Przecież Baran nie żyje!”. A drugi dodaje: „No to musimy opić pamięć kolegi, prawda?”. I zapraszają nas do „Adrii”. Zobaczyłem, że sytuacja jest niewesoła. Niby to było zaproszenie, ale gdybyśmy go nie przyjęli, mogłoby się to różnie dla nas skończyć. No więc poszliśmy.

Wypić za pamięć „Barana”?
Tak, nie było innego wyjścia (śmiech). W „Adrii” pełen wyszynk – tatarek, jedna flaszka, następna, kawa dla dziewczyny. Oni wszystko zamawiają. Później dosiada się jeszcze jakiś ich kolega. Alkoholu coraz więcej. Straszna przyjaźń między nami (śmiech). Ale zbliża się koniec imprezy. I kelner przychodzi do mnie z rachunkiem. Mówię mu: „Dobrze, ale koledzy też zamawiali. Czemu ja mam tylko płacić?” I wtedy wszyscy się odzywają: „Co, za kolegę Barana nie wypijesz?”.

I musiał Pan zapłacić za...oruńską przyjaźń?
Patrzę na kelnera. Ale widzę, że to zakapior pierwszej wody. Jak tylko wstanę i będę próbował wyjść, to i od niego dostanę. No co było robić? Zrobiliśmy ściepę z dziewczyną. Elegancko się pożegnaliśmy. Koledzy zamówili na odchodnym jeszcze po piwie. Doliczyłem do rachunku. Wymknęliśmy się bokiem. Tak zakończyła się nasza oruńska przyjaźń (śmiech).

Tramwajem na Orunię też Pan jeździł?
Też. Ogólnie z oruńskim tramwajem mam takie wspomnienia, że...miałem go dosłownie w swoim oknie. Mój brat mieszkał przy Gościnnej 6 (kiedyś była tam karczma – „Dom Pod Jelonkiem”). I okna były tak blisko torów, że w nocy jak tramwaj przejeżdżał, to miałem jasno w pokoju. No i jeszcze ten hałas na zakrętach. Wszystko było słychać. Ale powiem Panu, że ten kto zlikwidował tramwaj na Orunię, był zwykłym idiotą. Chciałbym poznać tego urzędnika. Przecież teraz oruńską linię można by przedłużyć dalej, nawet do Pruszcza. Same autobusy to za mało.

Z czym jeszcze kojarzy się Panu Orunia z tamtych lat?
Generalnie to była trochę taka wioska. Ale w dobrym tego słowa znaczeniu. Kąpaliśmy się w Raduni. Park Oruński był zarośnięty i pamiętam, że strasznie głośno kumkały tam żaby. Teraz jak spaceruję z żoną po Parku, to brakuje mi tych odgłosów. To była prawdziwa muzyka. W dzień człowiek szedł tam z kocem, jedzeniem, robił sobie piknik. Wspaniała sprawa. Na Dworcowej była remiza strażacka. Tam w weekendy były potańcówki, przyjeżdżały zespoły z Gdańska. A i jest jeszcze taka nieco tajemnicza historia, o której wielu oruniaków mi wówczas opowiadało.

To znaczy?
Nieopodal budynku policji przy ulicy Gościnnej, było takie miejsce, które ludzie nazywali „Dom Kata”. Ten dom miał złą sławę, omijały go nawet największe zakapiory. Nigdy nie paliły się tam światła. Był ogrodzony płotem z desek. Na temat domu snuto różne teorie, między innymi, że tam ubecy trzymali swoich więźniów. Pamiętam, jak w latach 60-tych, mówiono mi, abym tam nie chodził.

A jak Pan patrzy na obecną Orunię? Ta dzielnica rozwija się w dobrym kierunku?
Wie Pan, zmiana może zaszła w samych ludziach. W latach 60-tych i 70-tych była to dzielnica, w której mieszkali głównie robotnicy. Moim zdaniem, teraz jest inaczej, mieszkają różni ludzie.
Jak mówiłem wcześniej, Orunia była dzielnicą ogrodów. A obecnie? Jest to dzielnica dziur. Mam na myśli prześwity, jakie powstały po tych wszystkich wyburzeniach budynków i likwidacji ogrodów. Nie ma już tego klimatu, co kiedyś. Podoba mi się za to współczesny, zadbany wygląd Parku Oruńskiego.

Dziękuję za rozmowę

Być może już niedługo zespół Motława River Band będzie miał swoje próby w oruńskim Domu Sąsiedzkim „Gościnna Przystań”.

Galeria artykułu

Kiedyś ogrody, teraz...dziury

Kiedyś ogrody,...

Kiedyś ogrody, teraz...dziury

Kiedyś ogrody,...

+ Dodaj komentarz (-) Anuluj

Komentarze (7)

Uwaga! Jeśli chcesz aby przy komentarzu pojawiła się nazwa użytkownika musisz być zalogowany. Jeśli nie masz jeszcze konta - zarejestruj się.

Proszę odczytaj kod potwierdzający z obrazka i wpisz w pole poniżej. Wielkość liter nie ma znaczenia. Jeśli masz problem z odczytaniem kodu, wczytaj nny obrazek

awatar

gosc

89.74.253.*

16:56, 11/02/11

Takie wspomnienia z klimatem są super.

zgloś naruszenie
awatar

gosc

89.206.6.*

00:12, 09/02/11

Do gościa z godz.14:48 Noża nie nosiłaś, ale widać, że z Oruni bo nożami ciskasz gdzie popadnie. Nikt nie napisał, że "było to zbiorowisko piajków, chuliganów itp. ludzi" "Jak wówczas wyglądała Orunia? To, co ...wiecej

zgloś naruszenie
awatar

gosc

83.25.157.*

15:53, 08/02/11

mieszkałam od urodzenia na gościnnej 13 i była to karczma pod jelonkiem która do tej pory stoi jako zabytek, znałam Andrzeja i żonę Irene Śliwę, natomiast Radka Jujko również. Andrzej był znany perkusistą z ...wiecej

zgloś naruszenie
awatar

gosc

80.55.51.*

14:48, 08/02/11

same pierdoły - nie jestem z rodziny robotniczej w latach 70 - tych była nastolatka a moi znajomi nigdy nie zachowywali sie tak jak w tym wywiadzie - może pan szukał takich ludzi?? nigdy się nie bałam (noża też ...wiecej

zgloś naruszenie
awatar

gosc

89.77.69.*

12:07, 07/02/11

Gratulacje dla autora artukułu. Intersujące pytania, lekka nuta humoru i lekkość czytania.

zgloś naruszenie
awatar

gosc

89.206.6.*

22:00, 06/02/11

To wszystko prawda, a restauracja "Parkowa" to parter bloku przy ul. Raduńska 42 ( Pamiętam, jak nieraz podchmieleni goście restauracji walili do mieszkań myśląc, że tutaj mieszkają:). Potem w latach 80- tych ...wiecej

zgloś naruszenie
awatar

gosc

62.61.53.*

20:02, 06/02/11

Ja również słyszałem o tych ubekach, ma ktoś coś więcej na ten temat?

zgloś naruszenie

REKLAMA

REKLAMA