Używamy cookies i podobnych technologii m.in. w celach: świadczenia usług, reklamy, statystyk. Korzystanie z witryny bez zmiany ustawień Twojej przeglądarki oznacza, że będą one umieszczane w Twoim urządzeniu końcowym. Pamiętaj, że zawsze możesz zmienić te ustawienia. Szczegóły znajdziesz w Regulaminie.

Rozumiem

Poniedziałek, 18/11/2019

Portal dzielnic: Orunia Dolna, Orunia Górna, Lipce, Św. Wojciech, Olszynka, Ujeścisko

menu menu menu menu menu

REKLAMA

W Żuławach trzeba się rozsmakować

 1 dodane: 18:21, 07/02/13

tagi:

O nad wyraz bogatym menu dawnych mieszkańców Żuław, a także o trudnej sztuce ożenku, obowiązkach proszarki oraz swata, niezapomnianej przestrzeni i o sztuce-musicalu opowiada Roman Grzyb, współtwórca spektaklu "Wesele Żuławskie z XVII wieku". Zapraszamy na drugą i ostatnią część wywiadu.

Roman Grzyb, jako Charles Ogier, w sztuce
Roman Grzyb, jako Charles Ogier, w sztuce "Wesesle Żuławskie z XVII wieku"
Fot. własność Grupy Trzy Krajobrazy

Fotografia 1 z 1

Pierwszą część rozmowy znaleźć można tutaj.

O czym jest sztuka „Wesele Żuławskie z XVII wieku”?
Roman Grzyb: Postawiliśmy pewne wymagania autorom scenariusza, tak aby nie był to spektakl czysto rozrywkowy, ale przede wszystkim pełnił funkcję edukacyjną. By ludzie poznali, że jest taki region jak Żuławy i że szczególnie w XVII wieku przeżywał on swoją świetność. Miejsce to było w skali Polski i Europy po prostu wyjątkowe, a o tym dlaczego, mówiłem już wcześniej.

Podczas sztuki o Żuławach opowiada narrator. Dzięki niemu dowiadujemy się o panujących wtedy prawach, czy o istniejących zwyczajach. Ot chociażby kwestia ówczesnych zaręczyn w XVII wieku, to nie była wcale taka prosta sprawa, jak dzisiaj (śmiech).

A jak to wtedy wyglądało?
To był bardzo ciekawy zwyczaj, dzisiaj już niestosowany. Mianowicie do rodziców panny młodej przyjeżdżał swat, który w imieniu rodziców kandydata na męża uzyskiwał odmowę, lub zgodę na ożenek. Ale na tym nie koniec, dalej robi się jeszcze ciekawej.

Tydzień później, nie wcześniej, do rodziców panny młodej przyjeżdżał już sam kandydat. Skoro swat uzyskał wcześniej zgodę, to przyszły pan młody przyjechał prosić o rękę swojej wybranki. I tu niespodzianka – spotykał się z lodowatym wręcz przyjęciem. Panny młodej nie było, ale byli jej rodzice. A oni traktowali młodzieńca niczym powietrze, nie zwracali na niego żadnej uwagi. Chłopak był zszokowany: no bo niby zgoda jest, on się zakochał, chce do ślubu, przyjechał wystrojony, a tu takie przyjęcie. Nie miał wyjścia, musiał wracać do siebie.

Po jakimś czasie przyjeżdżał znowu, ale nieprzyjemny dla niego scenariusz znów się powtarzał. Wreszcie za którymś razem rodzina panny młodej zachowywała się już inaczej, przyszły zięć spotykał się z zupełnie innym, serdecznym już powitaniem.

W ten sposób testowano pana młodego?

Oczywiście. Badano determinację i cierpliwość w staraniu się o rękę panny młodej. W ten sposób sprawdzano, czy młodzieniec rzeczywiście kocha swoją wybrankę. Po tym wszystkim były jeszcze zrękowiny. Rodzice panny młodej i pana młodego wspólnie ze swatem ustalali listę gości. Następnie przychodził już czas dla proszarki, zwanej też niekiedy zapraszarką.

Proszarka?
(śmiech) No właśnie. Proszarka to była bardzo popularna we wsi postać. Była to kobieta, która chodziła od domu do domu i zapraszała gości na wesele. Miała ze sobą ciekawy atrybut, który zresztą pokazujemy w naszym spektaklu. A mianowicie głowę konia na kiju, taka konstrukcja przypominająca słynnego lajkonika w Krakowie. Taki koń był ozdobiony wstążkami, a sama proszarka specyficznym tekstem zapraszała gości. Z nią chodzili też państwo młodzi.

Młoda dziewczyna dawała gościom białą chusteczkę z sukna, pan młody wręczał chustkę czerwoną. To była taka forma dzisiejszych zaproszeń. Co ciekawe, z czasem rolę proszarki przejęli na Żuławach mężczyźni. Jeździli na koniach od gospodarstwa do gospodarstwa. Nikt nie mógł zostać pominięty z listy gości.

Wróćmy jeszcze do Państwa spektaklu. Ma on formę musicalu?
Można tak powiedzieć. To nie jest opera, a bardziej musical. Czuć tu wpływ naszych czasów. Chodzi o to, że pieśń stricte renesansowa może być dość trudna w odbiorze, ona nie potrafi chwytać dzisiejszego widza aż tak za serce. To, że spektakl ma formę musicalu, to jest zasługa moja i Emilii Grzyb, prezes stowarzyszenia „Trzy Krajobrazy”.

Stworzyliśmy do spektaklu kilka pieśni stylizowanych właśnie na renesans. Kompozytor Piotr Ulatowski stworzył muzykę, Małgorzata Zienkiewicz, poetka – teksty. A wykonaniem zajęła się Cappella Gedanensis. Efekt jest piorunujący.

Ale państwa sztuka to także… uczta weselna, do której zapraszają Państwo przybyłych na spektakl gości?
Jak najbardziej. Gości witaliśmy Goldwasserem, a więc słynną w Gdańsku wódką, z której do dziś słynie ten region. Jest ona produkowana dzisiaj w Goszynie, receptura jest oczywiście zastrzeżona. Dzięki gospodyniom z kół wiejskich na Żuławach, które przygotowywały dla nas potrawy, goście mogli próbować też tradycyjnego menu tamtego regionu.

No właśnie, co w XVII wieku królowało na stołach mieszkańców Żuław? Mógłby Pan nas trochę kulinarnie oprowadzić po tamtych czasach i miejscu?
Z przyjemnością. Zacytuję tutaj fragment artykułu profesora Andrzeja Januszajtisa, który opierając się na źródłach historycznych ( Max Rosenheyn 1861 r), tak skwitował różnice pomiędzy jadłospisem Żuławian a mieszkańcami wysoczyzny: „ Tłusty jak gleba jest też on ( Żuławiak) i dobre jedzenie jest dla niego główna potrzebą. Mieszkaniec Wysoczyzny pije wodę lub sfermentowany napój, Żuławiak maślankę. Tamten je wieprzowinę smażoną, on gotowaną, przedtem przez kilka dni moczoną w śmietanie. Nawet służbę domową się tutaj dobrze żywi. Rano dostaje się gęstą kartoflankę, w lecie maślankę, ser i chleb. W południe dużo tłustych potraw i mięsa. Do najczęstszych ulubionych potraw zalicza się pęczak ze śmietaną, ryż z masłem i rodzynkami, rosół z wieprzowiny, gotowane cielę faszerowane śliwkami, gotowanego węgorza, łososia, minogi i flądry, krwawą kiszkę, wątrobiankę i kaszankę razem gotowane z rodzynkami albo smażone, maślankę  z kartoflami i buraczkami, kwaśny szary groch ze słoniną i cebulą, purcle czyli rodzaj ciasta na smalcu itp"

Dużo by mówić  ale jadano dobrze i tłusto. Ciekawostką jest tzw. „ślepa zupa rybna” bez ryby („blinde Fischsuppe”) jako wywar z kartofli, mleka i wody z dodatkiem cebuli i korzeni. Z trunków oprócz Goldwassera nagminnie pito jałowcówkę zagęszczoną cukrem zwaną machandlem. Picie machandla było związane z rytuałem, ale o tym może kiedy indziej.

Jak ludzie przyjmują Państwa sztukę?
Najczęściej są bardzo zdziwieni. Okazuje się, że mało kto znał ten region, mało kto znał jego historię. Ludzie są zdumieni bogactwem tego miejsca, muzyką, zwyczajami. Nie chcę wchodzić w patos, ale naprawdę zdarza się często, że ludzie są bardzo wzruszeni. Wystarczy, że usłyszą muzykę w wykonaniu Cappelli Gedanensis np. przepiękną Arię Sulamitki. Jest to oryginalna pieśń weselna z XVII wieku, w której żona chwali zalety męża. Tak na marginesie, pieśń można posłuchać też w Internecie, jest ona dostępna na naszej stronie. Pięknie śpiewa ją Ewa Skalska z Akademii Muzycznej w Gdańsku.

Widzowie czują się wzruszeni, bo, jak mówią, słowa przepiękne, bo przenieśli się w inny wymiar, na chwilę zapomnieli o współczesności. Dotyczy to również pozostałych pieśni z muzyką w wykonaniu Cappelli  Gedanensis oraz pozostałych artystów ( Anny Kingi Osior z Opery Bałtyckiej, Michała Grabczuka, Daniela Chodyny, Gabrieli Pliszki i innych z Akademii Muzycznej w Gdańsku). To również dzieki ich pięknym głosom spektakl tak wzruszał i był wydarzeniem artystycznym. Spotkaliśmy się także z fajnymi recenzjami w mediach. Nagrywała nas telewizja, swój materiał robiło Radio Gdańsk, gazety, teraz i Państwa portal, za co szczerze dziękuję.

Tak bardzo zachwala Pan ten spektakl, że aż muszę się na niego wybrać. Kiedy i gdzie mogę to zrobić?
Widzi Pan, zakończyliśmy już wystawianie tego spektaklu. Niestety nie mieliśmy więcej zamówień. Co dziwne, bo przyjęcie było naprawdę gorące. A wystawialiśmy w Teatrze Wybrzeże, kościele Św. Jana, teatrze Atelier w Sopocie, galerii El w Elblągu, w Faktorii Rzymskiej w Pruszczu Gdańskim.

Ale kontynuujemy naszą pracę, którą jest przecież promocja Żuław, w inny sposób. Teraz w formie prezentacji multimedialnej oraz koncertów pokazujemy specyfikę tego regionu. Wykorzystujemy nagranie filmowe ze spektaklu, pokazujemy ruch, obraz, tańce, jest i narracja historyczna. Aktorzy też śpiewają i pokazują się w strojach z tamtej epoki. Ale nie jest to już spektakl teatralny.

Czego tak naprawdę uczy Państwa spektakl, a teraz prezentacje i koncerty?
Chcemy, aby ludzie zamieszkujący gdańskie Żuławy poznali wielokulturową historię tego miejsca. Ta wielokulturowość była widoczna w strojach, muzyce i zwyczajach. Po drugiej wojnie światowej na Żuławy napłynęło wielu ludzi, ale nikt im nie opowiadał o tym, co działo się tutaj wcześniej.. Nasza praca ma dwa cele. Pierwszy to informacja, drugi – zaszczepienie wśród dzisiejszych mieszkańców Żuław poczucia, że to oni są kontynuatorami historii tego regionu.

Wie Pan, ktoś może przeczytać ten wywiad i wciąż zastanawiać się, co Pan widzi wyjątkowego w Żuławach. Trochę na zasadzie: „przejeżdżałem przez Żuławy, widziałem kilka ciekawych budowli, trochę przyrody, ale bez przesady, takich miejsc jest w Polsce sporo….”
Najpierw trzeba wysiąść z samochodu, albo jeszcze lepiej – przejechać się po tym terenie rowerem, do czego nasze Stowarzyszenie gorąco przekonuje w swoich działaniach. Mamy w planie zaproponować  sieć ciekawych tras rowerowych właśnie na Żuławach. Ale wracając do Pana pytania. Trzeba na chwilę się zatrzymać. Stanąć na wale i popatrzeć na to co jest dookoła. Jak Pan sądzi, co jeszcze na Żuławach jest wyjątkowe?

Co takiego?
Przestrzeń. Ludzi fascynuje ocean, pustynia, morze. Dlaczego? Bo fascynuje ich przestrzeń, nieskończony horyzont. Człowiek ma wtedy poczucie wolności. A na Żuławach tak to właśnie wygląda. Żółte od rzepaku pola, albo te obsiane pszenicą, teren poprzecinany kanałami, gdzieniegdzie gospodarstwo, kilka wierzb. I taka osoba, znająca dodatkowo historię tego regionu, nie przejdzie obok takiego widoku obojętnie. Żuławy nie działają wprost, trzeba się w nich rozsmakować. Ja nie przeszedłem obojętnie.

Dziękuję za rozmowę.

Galeria artykułu

Roman Grzyb, jako Charles Ogier, w sztuce "Wesesle Żuławskie z XVII wieku"

Roman Grzyb,...

+ Dodaj komentarz (-) Anuluj

Komentarze (0)

Uwaga! Jeśli chcesz aby przy komentarzu pojawiła się nazwa użytkownika musisz być zalogowany. Jeśli nie masz jeszcze konta - zarejestruj się.

Proszę odczytaj kod potwierdzający z obrazka i wpisz w pole poniżej. Wielkość liter nie ma znaczenia. Jeśli masz problem z odczytaniem kodu, wczytaj nny obrazek

REKLAMA

REKLAMA