Używamy cookies i podobnych technologii m.in. w celach: świadczenia usług, reklamy, statystyk. Korzystanie z witryny bez zmiany ustawień Twojej przeglądarki oznacza, że będą one umieszczane w Twoim urządzeniu końcowym. Pamiętaj, że zawsze możesz zmienić te ustawienia. Szczegóły znajdziesz w Regulaminie.

Rozumiem

Poniedziałek, 23/09/2019

Portal dzielnic: Orunia Dolna, Orunia Górna, Lipce, Św. Wojciech, Olszynka, Ujeścisko

menu menu menu menu menu

REKLAMA

Kilometr oruńskich wspomnień

 5 dodane: 17:27, 22/10/13

tagi:

Ile może trwać kilometrowy spacer po Trakcie św. Wojciecha? Bardzo długo, kiedy maszeruje się z kimś, kto mieszkał w tej dzielnicy zaraz po wojnie i ma sporo wspomnień. Fragment Oruni z lat 40 i 50-tych ożył na moich oczach.

dawny Trakt św. Wojciecha
dawny Trakt św. Wojciecha
Fot. materiały Janusza Stomali

Fotografia 1 z 5

- Jesteśmy na Oruni, na Trakcie św. Wojciecha 209. Stoimy na podwórku domu, w którym mieszkałem 12 lat. Od 1946 do 58 roku – do mojego dyktafonu mówi Janusz Stomal, architekt, który obecnie mieszka na Suchaninie. Orunię, dzielnicę swojego dzieciństwa, darzy szczególnym sentymentem. 

Naszą wycieczkę zaczęliśmy jednak w innym miejscu, przy Trakcie św. Wojciecha 245. - Kiedyś mieszkała tu rodzina pana Wielkiego, repatrianta z Wilna. Było ogrodnictwo i teraz też jest ogrodnictwo. O, widzi Pan tą szklarnię? To jeszcze zrobił mój dziadek, który był murarzem – mówi z dumą mój rozmówca. - A po drugiej stronie, za Kanałem Raduni mieszkał pan Paszkiewicz. Również sadownik. Później miał kwiaciarnię na ulicy Dworcowej – przypomina sobie.

Skoro idziemy Traktem Św. Wojciecha, czyli dawną Jedności Robotniczej i jeszcze dawniejszą Oruńską, warto opisać, jak wyglądała ona w latach 40-tych: - Brukowana, wąska ulica. Taka, że dwa samochody mogły obok siebie przejechać i to wszystko. Przy ulicy rósł szpaler lip, za nim leżał wysypana żwirem rowerowa ścieżka i chodnik – tłumaczy mój przewodnik. Dobrze ten widok obrazują dwa zdjęcia z archiwum pana Janusza, które zgodził nam się udostępnić.

Ulica dla krów i żołnierzy

Kierujemy się w stronę ulicy Gościnnej. Taki spacer normalnie zająłby maksymalnie kwadrans – przejście około kilometra nie wymaga przecież wiele czasu. Ale taki duet jak my - z jednej strony stawiający co krok kolejne pytanie dziennikarz, z drugiej człowiek co rusz sięgający pamięcią wstecz o kilkadziesiąt lat – porusza się znacznie wolniej.

Płyną kolejne kwadranse, padają nazwiska, dawne historie i powiedzenia. Orunia z lat 40 i 50-tych ożywa na moich oczach. 

- Na Trakcie (czyli dawnej Jedności Robotniczej) powyżej numeru 200 właściwie każdy kto miał okazję trzymał jakiś inwentarz. Myśmy mieli króliki, sąsiedzi krowy i konie. Co rano krowy były zbierane przez pastucha, Gawerski się nazywał, i pędzone aż do Starogardzkiej, na tamtejsze pastwiska – opowiada pan Janusz.

- W ogóle na Trakcie była cisza i spokój. Samochód przejechał co jakieś dwadzieścia minut, a tak to tylko krowy i... żołnierze tędy spacerowali – dopowiada.

- Żołnierze? - pytam zdziwiony.
- W latach czterdziestych dwa razy w ciągu dnia maszerowała tędy niewielka kompania żołnierzy, która „na barakach” pilnowała jakiś wojskowych magazynów – pada odpowiedź.

„Baraki” to pozostałości dawnego obozu na Starogardzkiej, który po wojnie został rozszabrowany przez okoliczną ludność.

A może chmielową oranżadkę?
Dochodzimy do okolic stacji benzynowej, niewielkiego banku i zajazdu (Trakt św Wojciecha 217). W latach czterdziestych widok prezentował się tutaj następująco: na miejscu stacji było wielkie pole, tam gdzie bank były mieszkania, a tam gdzie dzisiejszy hotel...

- Budynek Samopomocy Chłopskiej. Na dole była rozlewnia oranżady i piwa – uśmiecha się pan Janusz. - Jako gówniarz przychodziłem tutaj prosić o nalepki, wpuszczano mnie do środka. Widziałem, jak jedna pani przez lejek nalewała do butelki sok, potem inna podstawiała to pod wodę z gazem, a jeszcze inna zamykała kapslem. Pewnego dnia jedna z tych kobiet zażartowała, czy nie chcę napić się innej oranżadki. To było oczywiście piwo. Tak mi zasmakowało, że kiedyś już sam o nie poprosiłem. No ale mi nie dano, miałem wtedy tylko sześć, czy siedem lat – śmieje się mój rozmówca.

I jakby chciał wynagrodzić sobie ten dawny afront, pan Janusz kupuje piwo w kawiarni pobliskiego zajazdu. Siadamy w niewielkim ogródku na zewnątrz budynku i po chwili pojawia się kolejna refleksja.

Tym razem o dawnych mieszkańcach Oruni. Głównie Wilniukach, którzy w tej części dzielnicy stanowili, zdaniem pana Janusza, znaczną większość. Dużo rzadziej można było tu spotkać rdzennych gdańszczan.

- Weźmy na przykład taką kamienicę przy Jedności Robotniczej 215. Mieszkali tam państwo Żylińscy i Broniccy z Wilna. Ale byli również starsi, mówiący tylko po niemiecku ludzie. Nasz stosunek do tubylców był przyzwoity. Myślę jednak, że oni, mieszkańcy dawnego Wolnego Miasta Gdańska, patrzyli na tę nową tłuszcze Polaków z większym dystansem – mówi ostrożnie.

„Japki” po 2 złote, co za wybór!
W tym potoku Wilniuków osobliwością byli też państwo Cybruchowie, którzy prowadzili sklep spożywczy na Jedności Robotniczej 211. Pochodzili bowiem ze Lwowa, ale bardzo szybko wtopili się lokalny koloryt. - Tu odstawałem swoje w różnych kolejkach. Po proszek do prania, cukierki, czy masło, które oczywiście nie sprzedawano w kostkach, tylko w takich klocach odcinanych nożem – wspomina.

Co szczególnie osobliwe, na odcinku od dzisiejszego Traktu św. Wojciecha 211 do skrzyżowania z ulicą Gościnną powstawało wówczas mnóstwo sklepów i zakładów. Idąc około 700 metrów można było natknąć się na... - Sklep pani Cybruchowej, spożywczy pana Chodzikiewicza, kuźnia, piekarnia pana Świeczkowskiego, fryzjer, spożywczy Witkowskiego, owocarnia pana Brody (z kartkami typu: „japki 2 złote”!), mięsny na rogu Gościnnej – wylicza pan Janusz.

Kilkadziesiąt lat później taka wyliczanka może budzić wrażenie na oruniakach, którzy bardzo często utyskują, że w ich dzielnicy jest tak mało punktów usługowych. Tymczasem rzuceni w zupełnie nowe miejsce Polacy (za sprawą polityki Stalina i milczącego przyzwolenia zachodnich polityków) bardzo szybko potrafili się zorganizować w nowej rzeczywistości .

I stworzyć szeroką sieć usług, które pan Janusz nazywa dzisiaj żartobliwie „pierwszym centrum handlowym na Oruni”. Przedsiębiorczym oruniakom powodziło się przynajmniej do czasu, kiedy rodzimi komuniści wysokimi podatkami postanowili mocno przytemperować „prywatną inicjatywę”.

Sąsiad niczym rodzina
Pan Janusz prowadzi mnie do mieszkań znajomych dwóch orunianek, które przyjechały do Gdańska niemalże po zakończeniu wojny. Jedna z pań ma 95 lat, druga 89 lat. Pierwsza z nich ma jeszcze tyle siły, by zajmować się przydomową szklarnią i sprzedażą na rynku.

Kobieta już mocno niedosłyszy, ale łapie mnie za rękę i charakterystycznym, śpiewającym akcentem rodem z Wileńszczyzny opowiada mi o swojej rodzinie. Z kolei jej sąsiadka, 89-letnia orunianka właśnie pakuje swoje rzeczy. - Przeprowadzam się na Zaspę do mniejszego mieszkania, teraz na Oruni mieszkają tu zupełnie inni ludzie co kiedyś. Wtedy znało się wszystkich, trzymaliśmy się razem. A obecnie? - kobieta ze zrezygnowaniem macha ręką.

Na półce książki, a jakżeby inaczej, o Wilnie. Śpiewający akcent pojawia się znowu, tym razem w obietnicach pokazania mi kiedyś starych zdjęć Oruni.

- Widzi Pan, my naprawdę kiedyś żyliśmy z wieloma sąsiadami jak jedna rodzina – puentuje pan Janusz, kiedy wracamy na główną ulicę.

A to moje podwórko...
Trakt św. Wojciecha 209 – dla pana Janusza szczególnie sentymentalny punkt naszej wycieczki. Budynek, do którego wraz z resztą przywiezionej z Nowogródczyzny rodziny wprowadził się w 1946 roku. Miał wtedy kilka lat.

Siedem rodzin tu kiedyś mieszkało, aż dziw że się wszyscy pomieściliśmy – pokazuje na niewielkich rozmiarów budynek. - Pan Sidorowicz, który woził węgiel. Pan Garbaczewski, który wróżył pogodę na zasadzie: „jak nie będzie padało, to będzie pogoda!”. Pan Lipski, który wrócił z niewoli niemieckiej – pan Janusz wymienia dawnych lokatorów.

W budynku obok, oprócz mieszkań, był również warsztat. Z kolei za tym domem rozpościerały się ogródki, gdzie okoliczni mieszkańcy uprawiali warzywa. Natknąć się tutaj można było także na budynek stajni, a nawet kuźni (ale nie podkuwano w nim koni, służyła ona przedsiębiorstwu wodno-kanalizacyjnemu).

W podwórku był jeszcze wychodek, ręczna pompa, miejsce na króliki, a nawet tramwajowa ława.

- Że co proszę? - wydaję mi się, że źle usłyszałem.
- Mój ojciec pracował jako mechanik w zajezdni tramwajowej we Wrzeszczu. Mniejsza zajezdnia, taka właściwie awaryjna była też na Oruni, na Gościnnej. Stały tam wysłużone tramwaje. I kiedyś, gdy zmieniano tabor, pozwolono rozebrać pracownikom jeden, czy dwa tramwaje. Na opał. No a tata i dziadek jeszcze ławkę przynieśli na nasze podwórko – wyjaśnia pan Janusz.

Znowu jacyś „od wspomnień”!
Mieszkanie państwa Stomali było bardzo skromne: jeden pokój i kuchnia. W środku wysłużony piec, w piwnicy gromadzono węgiel.

- Pokazałbym Panu jak to wyglądało. Może jest ktoś teraz w domu? - zastanawia się pan Janusz. I po chwili puka do drzwi swojego dawnego mieszkania.

Otwiera nam kobieta w średnim wieku. Patrzy na nas nieufnie. Kiedy tłumaczymy cel naszej wizyty, jest jeszcze gorzej. - Ja już miałam chyba z siedem takich wizyt, że przychodzili jacyś ludzie i mówili, że tu mieszkali, że chcą obejrzeć. Cholera by ich wszystkich wzięła, ja nie wiem po co oni tu wszyscy przyłażą. Okraść mnie nie ma z czego – komentuje orunianka.

Bardziej rozmowny jest mąż kobiety. Odpowiada na pytania pana Janusza. Padają nazwiska dawnych lokatorów. - A ten to już nie żyje – mówi mężczyzna. - Jej siostra? Zmarło się jej niedawno – informacje są jednak ponure...

W przyszłym tygodniu opublikujemy drugą część wspomnień Janusza Stomali. Będzie o odgruzowywaniu Gdańska, bolszewickim poczuciu humoru, szaleństwach w Kanale Raduni, tornistrze pełnym naboi, Gościnnej jako centrum Oruni, śmierci Stalina/żałobie oruńskich nauczycieli, knajpie Swoboda...

Galeria artykułu

dawny Trakt św. Wojciecha

dawny Trakt św....

dawny Trakt św. Wojciecha

dawny Trakt św....

Orunia, lata 40-te. Rodzina, przyjaciele i sam pan Janusz

Orunia, lata...

Pan Janusz na podwórku swojego dawnego domu

Pan Janusz na...

Trakt św. Wojciecha 209, tu mieszkał kiedyś pan Janusz

Trakt św....

+ Dodaj komentarz (-) Anuluj

Komentarze (1)

Uwaga! Jeśli chcesz aby przy komentarzu pojawiła się nazwa użytkownika musisz być zalogowany. Jeśli nie masz jeszcze konta - zarejestruj się.

Proszę odczytaj kod potwierdzający z obrazka i wpisz w pole poniżej. Wielkość liter nie ma znaczenia. Jeśli masz problem z odczytaniem kodu, wczytaj nny obrazek

awatar

gosc

77.254.168.*

18:50, 05/11/13

Czytam ten artykuł i aż łezka w oku się kręci. Przyjechałam z Wilna do Gdańska w kwietniu 1946 r. miałam wtedy niecałe 9 lat i przemieszkałam tam 30. Mieszkałam na ul.Nowiny i te wszystkie miejsca , które ...wiecej

zgloś naruszenie

REKLAMA

REKLAMA