Używamy cookies i podobnych technologii m.in. w celach: świadczenia usług, reklamy, statystyk. Korzystanie z witryny bez zmiany ustawień Twojej przeglądarki oznacza, że będą one umieszczane w Twoim urządzeniu końcowym. Pamiętaj, że zawsze możesz zmienić te ustawienia. Szczegóły znajdziesz w Regulaminie.

Rozumiem

Czwartek, 18/07/2019

Portal dzielnic: Orunia Dolna, Orunia Górna, Lipce, Św. Wojciech, Olszynka, Ujeścisko

menu menu menu menu menu

REKLAMA

Dzieci przedmieścia cz.1 - Sandomierska

MojaOrunia.pl » Blogi » d.hennig » ...

 17 dodane: 21:55, 01/10/14

tagi:Sky OruniaSandomierskaBananOrunia

Gdańsk Orunia z lat 80-tych ubiegłego wieku, gdy życie toczyło się na podwórkach i klatkach schodowych, wokół sznurków z praniem i trzepaków, gdy był jeden telefon na kilka ulic, a dzieci nie bały się mafioza – wspomnienia mieszkańców Sandomierskiej i Żuławskiej

Dzieci przedmieścia cz.1 - Sandomierska
Dzieci przedmieścia cz.1 - Sandomierska
Fot. d.hennig

Fotografia 1 z 17

 

Na taborecie przy parapecie.


- U nas nawet domków jednorodzinnych nie trzeba było. Z jednej strony mieliśmy wejście do klatki, no i główna ulica, a z drugiej podwórko. Jakieś dziesięć metrów i były komórki. I my naprawdę żeśmy tam biesiadowali - rozmawiam z wychowankami ulicy Sandomierskiej z obu stron torów kolejowych.


- W piżamach, nie w piżamach... my mieszkaliśmy na parterze, więc to u nas kawa zawsze jechała, bo najłatwiej. Te partery były takie niskie, więc moja mama w oknie, a z drugiej strony na ławkach sąsiadki. I było kawkowanie. I tak się zaczynało dzień. A wieczorem było radio wystawiane, jakiś jamnik na okno... I grill.

 

Gacie za oknem.


Od komórek do bloku były sznurki, no i te pościele na patykach się podnosiło, żeby nie dotykały ziemi. A my małolaci, wyścigi dookoła bloku na rowerach i po tych białych pościelach! Sąsiadka krzyk – nie jeździjcie pod praniem! A to największa frajda była, chować się pod prześcieradłem. Wisiały gacie i nikogo to nie bolało, a teraz bielizna za oknem – ojejku. Oj ból wszędzie, awantury... Suszarki były na blokach i nikogo to nie gryzło. Teraz już nie ma, bo poocieplali budynki.

 

Zamknięte na klucz?


- Było parę takich klatek, które mieli zamknięte na klucz, żeby dzieciaki nie wchodziły, nie siedziały na klatkach. U nas też próbowali, ale nie przeszło. Sąsiadki same zapominały kluczy, nie skutkowało. I tak wchodziliśmy, i tak.


Mama mówiła: Idź wyrzuć śmieci! Śmietnik się zostawiało tylko pod klatką i nie było nas. Albo stały tak trzy śmietniki pod klatkami. Bo to była taka mała społeczność, że tam się wyszło tylko na chwilę; o cześć, o cześć, o cześć!


Nie było zamkniętych mieszkań, życie trwało na zewnątrz.


 

Bandżi w stolarni.


Duży dach, taki spiczasty... tam na dole była stolarnia, a reszta to było chyba PKP, przy torach pierwszy budynek, sklep był po prawej stronie. Później stolarnię spalono za haracz, bo nie płacili. No to dach tam był taki... no, najlepsze miejsce na zabawę. Bawiliśmy się w chowanego, w berka...

Jak ja bym zobaczyła na tym dachu swoje dziecko, to bym zawału dostała.

 

Najlepsza frajda to były skoki na linie w cement. Nie, wapno to było. Magazyn jakiś tam był, dosłownie wapno po sam czubek, no i u góry, pod dachem, były takie pręty co dach trzymały. No i chłopaki tam liny pomocowali i jak pracownicy szli do domu, to my przez jakieś dziury w płocie, do tego hangaru, no i... bandżi. A potem na klatce się rozbieraliśmy do samej bielizny i dopiero do domu. Nie wiem, co dalej mama z tym ubraniem robiła.

 

Gruzy, a na gruzach najlepsze ogniska.


- Za moich czasów mówiło się Śmietnik, za ich czasów Gruzy – kolejne miejsce przywołuje rodzicielka. - A później, jak były rozsypane piaski, po których chłopaki ścigały się na motocrossach, nazywało się to Piaski. Były tu z tyłu za nami. To były śmieci z powojennego Gdańska, wszystko zarosło. Ale ja pamiętam, jak tam jeszcze były te otwarte gruzy, to się wybierało tam kolorowe buteleczki, kapselki porcelanowe... Takie trzy oranżadówki zostawiłam dla dzieci. Po jednej dla każdego.

 

- Albo butelki po śmietanie – dopowiada młodsze pokolenie. - Ze sreberkiem. Jedna mama pracowała na produkcji, w mleczarni. Była taśma i te nakrętki, te resztki, ona przynosiła nam do szkoły i wszystkie bale były w tych sreberkach. To było jako łańcuchy. Ostre, jak się nie tak złapało, to paluchy cięło.

 

Tajna baza na dymka.


- PKP, tam były warsztaty naprawcze, Zakład Naprawy Taboru, zakład elektryfikacji...- pada następne hasło. - Tam się fajnie jarało fajki, bo tam zawsze na poboczu stały takie puste otwarte wagony i tam się miało bazy. Jak byłam w szpitalu, to dziewczyny napisały do mnie list, że stała się tragedia. Odjechał wagon z naszymi opalami mentolowymi. To była tragedia! Paczka opali pooooszła!

 

 

Kocie łby i szkło.


- Na Sandomierskiej mieliśmy kocie łby, a już się otwierały te Izolmaty i te takie ciężkie sprzęty. Mieszkaliśmy na parterze, a kiedyś była moda na segmenty z szybami i pełno tych szkieł. Jakieś filiżanki, kieliszki... i o... jak ja uwielbiałam to myć na święta... Ale nie daj Boże jakiś kierowca sobie tak 40-50 pognał po Sandomierskiej, to naprawdę nieraz nam to szkło spadło. Myśmy były przy samej ulicy, dwa prostokąty chodnika i ściana domu. Więcej nie było. Jak wariaci zasuwali to było tylko: dyndyndyn, pyk.


Na święta w pokoju pełno ręczników, miska ciepłej wody, miska czystej wody i było mycie, wycieranie... Cały dzień siedziałam w pokoju i myłam. Sprzątanie klatki jeszcze było. Tydzień na tydzień, raz jedna sąsiadka, raz ja. A jak była nasza kolej, to: chcesz iść na dwór – tak, - to klatkę posprzątasz, możesz iść. Ale przynajmniej było czysto. Każdy dbał.

 

 

 

Gdzie byłeś, tam jadłeś.


- No myśmy mieszkali na parterze. Dzieciaki tak pod moje okno i mama otwierała, dawała chleb z cukrem i każdy po pajdzie chleba z cukrem i szliśmy.

Jeden o drugiego dbał, jeden drugiego pilnował, patrzył, troszczył się, bawił. Swój swego nie ruszał, była jedna wielka rodzina.

 

Ale ja też pamiętam zawsze jak mama robiła obiady. - Wszystkie dzieciaki się schodziły, pół ulicy się schodziło. Ja się nie bawiłam tylko z moimi braćmi, to była większa gromada. No i jak mama chciała nam dać zjeść, to trzeba było dać wszystkim.

 

-Była taka  patologiczna rodzina, bawili się tutaj na ogródku i ona podchodzi: ale tu pachnie, ale tu pachnie - ja mówię: no to co, głodna jesteś? - No tak...

Wszystkich się karmiło. Po prostu wszystkich.

 

 

Nowoczesność wkracza na Orunię.


Jejku, a jakie było święto, jak na Sandomierskiej kablówkę wreszcie pociągnęli! - zebrani ożywiają się i przerzucają wspomnieniami.


W tych blokach czteropiętrowych, takich normalnych, to już wszyscy mieli.


- A wy mieliście telefony stacjonarne, a u nas za to był problem z telefonami stacjonarnymi.

Mieliśmy podzielone, my kablówkę, a wy telefony.


- Jak się przeprowadziłam na inny koniec dzielnicy, to wreszcie telefon mogliśmy mieć, bo był zasięg. Pamiętam, że się na listę musiałam zapisać na numer. Jeszcze pamiętam, że płaciliśmy taką kwotę za ten numer stacjonarny, że żeśmy na raty mieli to rozłożone – w 1999 roku. Czekaliśmy, fakt faktem niedługo, pół roku max, ale czekaliśmy.


Ale kiedyś to były fajne czasy, nie? Na wszystko trzeba było czekać, a kto dostał, to aż taki z siebie dumny, a teraz wszystko takie dostępne...


Początki nie były różowe.


- Na Sandomierskiej jedna rodzina miała telefon i wszystkie rodziny dookoła miały ten numer, do jednej pani. I ta pani tak latała po sąsiadach, pani "Tereniu", telefon za 5 minut będzie.

A my na PKP żeśmy chodzili zadzwonić, ale to jak myśmy chcieli. A jak rodzina dzwoniła do nas, do to do tej pani.


- Ale to było normalne. Z kolei myśmy tu obsługiwali tu wszystkie Kolonie.

 

Niektórym łatwo przychodzi.


Na Sandomierskiej jest Emaus – przytułek dla byłych więźniów. Wedle słów orunianek, mają oni tam bardzo dobre warunki, półtora roku mogą mieszkać, dostają posiłki, środki czystości, dofinansowanie z urzędu miejskiego.

Pamiętam, zbierałam bardzo długo na pierwszy komputer. Miałam 18 lat już i byłam strasznie zazdrosna, że oni dopiero co wyszli z więzienia, a mieli komputery i wszystko, i jeszcze przychodzili po pieniądze na piwo.

 

Dzielnica tętniąca życiem.


- Orunia SKY*... Jak była Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy, to ja chodziłam i zbierałam w słoiku kasę dla Oruni SKY. I byłyśmy w telewizji nawet wtedy. To była taka kanciapa, no trzy metry na trzy metry i w ogóle... jakiś koc przewieszony.

 

To integrowało, te festyny, ludzie się bawili, potem się oglądali. Imprezy w małym parku, nie były na taką małą skalę. Jakieś gwiazdy, zespoły, disco polo, czy tam nie... Jedna wielka popijawa, ale było fajnie, wszyscy się dobrze bawili, tańczyli, a potem oglądało się na SKY Orunia.


- Przez jakiś czas prowadził (telewizję) w Sklepie Nocnym, tam gdzie jest teraz agencja ochrony Wena, tam były delikatesy. A delikatesy to też była furora. Pierwsze siateczki plastikowe. To było na skrzyżowaniu Sandomierskiej i Traktu. To był bardzo fajny sklep. Był samoobsługowy, miał koszyki, wreszcie u góry otworzyli „plastiki” – sklep gospodarstwa domowego.

 

Teraz to jest pusty ten plac jak się wychodzi z Sandomierskiej, w lewo, tam kiosk ruchu stoi... A kiedyś to był szereg sklepów, był warzywniak, był duży sklep z piękną dużą witryną, z gospodarstwem domowym.

 

Jak się szło do małego kościółka z Sandomierskiej to był rybny, dwa mięsne... Na Sandomierskiej mięsny na rogu, u pani Zosi, ten duży spożywczy, mówili na to Spółdzielnia, później piekarenka, co to się na dół schodziło, sklep z tkaninami taki duży, meblowy... Teraz na Sandomierskiej nic nie ma. A nie, jest! - zaskakuje zebranych rodzicielka. - Lidl! Ma adres Sandomierska, a nie Trakt Świętego Wojciecha.


 

Strach ma wielkie oczy.


A o Bananie państwo słyszeli? O postrachu oruńskim naszym? On był znany gdzieś dalej, Stogi itp., to nie był wiek, żeby się interesować mafią, ale gdzieś tam wychodzi po latach, że jakaś mafia była. Był Banan, wszyscy wiedzieli kto to jest Banan, że to jest taka szycha nad szychami. Każdy znał jego i jego samochód i wiedział, że to pięć metrów trzeba dookoła, żeby nie zakurzyć samochodu, więc Banan go nie zamykał. Bo kto w ogóle odważy się podejść za blisko. No i zostawił samochód otwarty na Sandomierskiej.

 

A na Sandomierskiej była też taka patologiczna rodzina. Ich dzieciaki miały lat, nie wiem, siedem, pięć, wpakowały mu się do samochodu, zapieprzyły kasę i poszły! Z tego wszyscy lali, jak Banan szukał tych dzieciaków, które okradły mafioza. Dzieci okradły mafioza! Złapał je u Sklepowej, bo u Sklepowej dzieciaki wydawały pieniądze na lody.

 

 

 

__________________

Jest to część wywiadu przeprowadzonego w ramach Historii po Oruńsku. Zamieszczam go tutaj z pominięciem nazwisk i drobnymi zmianami z tym związanymi. Następna część to opowieść chłopca z bloków.

Dzieci przedmieścia cz.1 - Sandomierska

Dzieci...

Dzieci przedmieścia cz.1 - Sandomierska

Dzieci...

Dzieci przedmieścia cz.1 - Sandomierska

Dzieci...

Dzieci przedmieścia cz.1 - Sandomierska

Dzieci...

Dzieci przedmieścia cz.1 - Sandomierska

Dzieci...

+ Dodaj komentarz (-) Anuluj

Komentarze (2)

Uwaga! Jeśli chcesz aby przy komentarzu pojawiła się nazwa użytkownika musisz być zalogowany. Jeśli nie masz jeszcze konta - zarejestruj się.

Proszę odczytaj kod potwierdzający z obrazka i wpisz w pole poniżej. Wielkość liter nie ma znaczenia. Jeśli masz problem z odczytaniem kodu, wczytaj nny obrazek

awatar

gosc

88.109.197.*

10:28, 14/05/19

Fajnie się czyta i wspomina każde napisane słowo to tak jakbym widziała siebie. Gruzy, dachy stolarki, tory, wagony, fajki, kocie łby... Moja Sandomierska

zgloś naruszenie
awatar

gosc

109.91.178.*

19:01, 17/10/14

Gratuluje pomysłu, moje czasy... moje miejsca... to nie wróci...

zgloś naruszenie

REKLAMA

REKLAMA