Używamy cookies i podobnych technologii m.in. w celach: świadczenia usług, reklamy, statystyk. Korzystanie z witryny bez zmiany ustawień Twojej przeglądarki oznacza, że będą one umieszczane w Twoim urządzeniu końcowym. Pamiętaj, że zawsze możesz zmienić te ustawienia. Szczegóły znajdziesz w Regulaminie.

Rozumiem

Środa, 26/04/2017

Portal dzielnic: Orunia Dolna, Orunia Górna, Lipce, Św. Wojciech, Olszynka, Ujeścisko

menu menu menu menu menu

REKLAMA

Profil użytkownika

Graszka

< div class ="naglowek_bloga">

 

Strona 1 z 5

12345

Morze

Poniedziałek, 15:53, 03/10/11, tagi:

Trzy lata temu ktoś powiedział mi, że gdyby wiedział, że plaża, szum morza tak bardzo mnie uspokajają, to przywoziłby mnie tam co tydzień, a nawet zostawiał na noc. Miał rację. Morze o każdej porze roku wpływa na mnie kojąco.

W sobotni poranek wybrałam się do Sobieszewa. Byłam tam tyle razy, ale za każdym razem odkrywam coś innego. Zaraz po zjechaniu z mostu skręciłam w lewo. Krótki odcinek opustoszałej drogi. Po prawej stronie minęłam piękny drewniany dom, aż w końcu zatrzymałam się na znanym mi parkingu. Nieśpiesznie ruszyłam w kierunku Kamiennej Grobli. Postanowiłam nie wracać nią. Skręciłam w prawo i poprzez wydmy poszłam w kierunku nie znanej mi dotąd plaży. W ten jesienny mglisty poranek plaża była bezludna. Tylko z oddali słychać było odgłosy miasta, splatające się z krzykami mew.

Brnęłam po piasku, przyglądając się kępkom roślin, zastanawiałam się skąd czerpią siłę do życia na tym jałowym słonym piasku. Podziwiałam kawałki drewna o fantastycznych kształtach. Można rzec rzeźby, które wyszły spod ręki nadwornego artysty Neptuna. Pomiędzy nimi bieliły się muszle, niektóre całe ale większość pokruszona. Duże i takie malutkie, różowe, pokarbowane.
- Skoro nie mogę zamieszkać na plaży – pomyślałam – jej namiastkę przyniosę do domu.

Rozmyślałam zbierając patyki i muszelki. Mam taką naturę, że czasami pewne wypowiedziane słowa drążą mnie jak robak jabłko. Nie potrafię o nich zapomnieć. Jakiś czas temu rozmawiałam z Ewą o pracy – poddałaś się, nie szukasz już – powiedziała.

Nie odpowiedziałam, bo cóż miałam na swoją obronę? Zapewne miała rację. Poddałam się. Nie mam siły walczyć o swoje, rozpychać się łokciami. Brać udziału w wyścigu szczurów. Godzę się na nisko płatną pracę, bo dość mam już porażek. Wysyłania CV bez odpowiedzi. Nadziei, że kolejna rozmowa kwalifikacyjna da pozytywny skutek.

Urodziłam się w innych czasach. Kiedy po skończonej szkole wszyscy mieli pracę. Powiem więcej, mieli obowiązek pracować. Ten kto nie chciał piętnowany był jako tzw. niebieski ptak.

Chodząc po plaży, przypomniał mi się pewien epizod z mojego życia. Jakiś czas temu w akcie desperacji dałam ogłoszenie do gazety „Anonse” Nieświadoma podałam mój numer telefonu. Na kilkanaście telefonów tylko jeden był z poważną propozycją pracy przy archiwizacji. Odmówiłam bo nie miałam wiedzy na ten temat. Pozostałe telefony były od panów z propozycją seksu. Ile biorę za godzinę?. Widocznie samcom (inaczej nie można ich nazwać) praca biurowa, kojarzy się z seksem na biurku. Miałam dość. Przestałam odbierać telefony, których nie znałam numeru. Porażka.

Spacer brzegiem morza, a później złotym, pachnącym grzybami lasem, wyciszył mnie, wygasił krążące we mnie niczym prądy negatywne emocje.

Pozytywnie nastawiona wróciłam do domu. Pierwszą moją czynnością było zadzwonienie do mojej pracodawczyni. Niestety nie odebrała. Znowu stoję na rozdrożu, nie wiedząc co czynić. Z jednej strony bardzo potrzebuję pieniędzy aby przeżyć, z drugiej strony mam poczucie bycia osoby wykorzystywanej.

Z każdego wypadu nad morze przywoziłam ze sobą coś z plaży. Z jednej to był piasek . Z innej jakiś konar, powyginany delikatny w dotyku, wypieszczony przez morską wodę, parę muszelek, kępki trawy.

Sobotnie popołudnie spędziłam na urządzaniu na parapecie okna namiastki plaży. Do szklanych wazonów wsypałam piasek z plaży, wsadziłam kępki trawy które jeszcze wczoraj rosły w zupełnie innym miejscu. Mam więc moja prywatną plażę na parapecie.

Patrzę teraz na te kępki trawy. U nasady czerwone, przechodzące w zieleń, rosną w zwykłym piasku. Walczą o każdą kroplę wody, chcą przetrwać, a może nawet rozwijać się.

Zdjęcia

Morze

Morze

Morze

Morze

Morze

Morze

Morze

Morze

+ Dodaj komentarz (-) Anuluj

Komentarze (1) »

Uwaga! Jeśli chcesz aby przy komentarzu pojawiła się nazwa użytkownika musisz być zalogowany. Jeśli nie masz jeszcze konta - zarejestruj się.

Proszę odczytaj kod potwierdzający z obrazka i wpisz w pole poniżej. Wielkość liter nie ma znaczenia. Jeśli masz problem z odczytaniem kodu, wczytaj nny obrazek

Ludzie starej daty

Środa, 15:45, 21/09/11, tagi:

Jadąc wczoraj do pracy myślałam o moim blogu. Zaniedbałam go. Coraz mniej piszę.  Widok lasu   na Rotmance, który w słońcu mienił się barwami złota, nastroił mnie pozytywnie. Postanowiłam, że napiszę o zeszycie, który prowadzę od niedawna. Niestety mój nastrój szybko prysł.

- Pani Gabrysiu, zmiana planów – tymi słowami przywitała mnie starsza Pani. - O jedenastej pojedziemy do szkoły po mojego wnuka, zawieziemy go do lekarza. Zobaczymy jak się będzie czuł. Wrócimy do domu albo zawieziemy go do szkoły.
- Dobrze – odpowiedziałam potulnie mimo, że nie spodobało mi się to.

Po pierwsze forma. Uważam, że starsza Pani powinna zapytać, czy mogłabym z nią pojechać, a nie oznajmiać. Do moich obowiązków nie należy robienie za taksówkę, a poza tym stan techniczny mojego auta pozostawia wiele do życzenia.

Jeżdżę z duszą na ramieniu. Od dawna bez przeglądu. Tylni amortyzator wybił dziurę w bagażniku i robi za perkusistę. Klocki i tarcze do wymiany, a ostatnio w przednim lewym kole pękła sprężyna. Na domiar złego jeżdżę na łysych oponach, każda z innej parafii, w tym dwie zimowe.

Powinnam odmówić, ale jak zwykle z moją asertywnością jest bardzo kiepsko.  Pracowałam ale cały czas wałkowałam to w głowie. Odmówić? Nie odmówić? Odmówić? W końcu to było chore dziecko. Przed jedenastą zdenerwowana starsza pani ponagliła mnie, i pojechałyśmy.

Stukocząc i popiskując dotarłyśmy do przychodni na ulicy Góralskiej. Okazało się, że to wielkie choróbsko, o którym słuchałam przez całą drogę, to zwykłe przeziębienie. Przed trzynastą wróciliśmy w trójkę do domu, a ja zajęłam się swoimi obowiązkami.

Wyjątkowo o czternastej wróciła z pracy matka chorego chłopca, a moja pracodawczyni. Zamieniłyśmy parę zdawkowych słów. Nie powiedziała słowa „dziękuje”. Ani ona, ani starsza Pani. Nikt. To nie leżało w zakresie moich obowiązków. Zostałam zmuszona do zrobienia przysługi. Zabolało mnie to.

Magiczne słowo „dziękuję”. Jego wypowiedzenie nic nie kosztuje, a tak wiele dobra może sprawić.  Nawet nie  spytano mnie ile spaliłam benzyny. Łatwy rachunek - 20 kilometrów – dwa litry – dziesięć złotych. Dla nich to może szczegół, dla mnie równowartość  godziny mojej pracy.

I druga historia, która przytrafiła mi się całkiem niedawno. To była niedziela, jechałam autem kiedy zadzwonił telefon. Na wyświetlaczu nieznany numer.  Odebrałam.

To był dyrektor mojej szkoły podstawowej, Pan Zaremba, obecnie na emeryturze. Pochwalił moje pisanie na portalu Moja Orunia, i poprosił o (ponowne) podanie adresu mojego bloga. To były bardzo miłe słowa, zwłaszcza, że padły z ust Pana Zaremby. Dlaczego o tym piszę? Bo zdumiała mnie jedna rzecz. Pan Dyrektor zadał sobie naprawdę dużo trudu, żeby móc to uczynić.

Na pogrzebie mojej sąsiadki podałam mu adres mojej strony, wspominając, że czasami umieszczam niektóre teksty na oruńskim portalu. Pan dyrektor nie znalazł w sieci mojego bloga, widocznie źle zapamiętał adres, ale przeczytał wpisy na portalu, w tym „Ostatnią lokatorkę”. Postanowił do mnie dotrzeć, żeby osobiście ze mną porozmawiać, i podziękować mi, za to, że napisałam o nim.

Od sześciu lat nie mieszkam  na Oruni, odwiedził więc moją mamę. Mama powiedziała mi potem, że była to bardzo przyjemna i miła rozmowa. Była dumna gdy chwalił jej córkę. Pan Zaremba dostał od niej mój numer i nie zwlekając zadzwonił.

Moja pracodawczyni i dyrektor szkoły, dwa światy, dwie kultury, jakże różna postawa wobec drugiego człowieka. Bezinteresowność, empatia, zwykła potrzeba podziękowania, odwzajemnienia za sprawioną przysługę, przyjemność, pamięć?

Jeszcze są wśród nas ludzie, których określam mianem „ludzie  starej daty”,  którzy potrafią powiedzieć - było mi miło, dziękuje, i... przepraszam.  Niestety jest ich coraz mniej. Świat chamieje.

 

+ Dodaj komentarz (-) Anuluj

Komentarze (7) »

Uwaga! Jeśli chcesz aby przy komentarzu pojawiła się nazwa użytkownika musisz być zalogowany. Jeśli nie masz jeszcze konta - zarejestruj się.

Proszę odczytaj kod potwierdzający z obrazka i wpisz w pole poniżej. Wielkość liter nie ma znaczenia. Jeśli masz problem z odczytaniem kodu, wczytaj nny obrazek

Praca czyni wolnym

Czwartek, 08:13, 15/09/11, tagi:

Zeszłego roku natrafiłam w gazecie na ogłoszenie: „ogrodnictwo przyjmie kobiety do pracy przy taśmie”. Miałam nóż na gardle. Od dawna nie mogłam znaleźć pracy. Moje CV trafiały w przeważnie do kosza, a jeśli już doszło do rozmowy kwalifikacyjne, to kończyła się ona fiaskiem. Dyskwalifikował mnie wiek.

Zadzwoniłam. Młody przyjemny męski głos poinformował mnie, że mogę przyjechać i zobaczyć na czym polega praca. Bez zwłoki wskoczyłam w auto. Miałam niedaleko- obrzeża Gdańska.

Piękny parterowy biały dom, otoczony zadbanym ogrodem. Przystrzyżona trawa i krzewy idealnie współgrały ze sobą. Z tyłu domu wielkie hale. Młody człowiek przy terenowym samochodzie. Podeszłam bliżej. Przedstawiłam się wyciągając rękę. Nie krył zdziwienia. Po chwili zapytał

- Czy pani kiedyś pracowała?

- Tak – odpowiedziałam - w biurze ponad dwadzieścia lat.

Przez chwilę milczał, aż w końcu wydukał – Pani tutaj nie pasuje.

Popatrzyłam na niego ze zdziwioną miną. - Pokażę pani na czym polega ta praca.

Weszliśmy na halę. Maszyny, taśmociągi transportujące marchew. Przy taśmach kobiety. Hałas tak duży, że nawet krzycząc nie potrafiliśmy zrozumieć co do siebie mówimy. Odeszliśmy kawałek. Podszedł do nas starszy mężczyzna, jak się później okazało ojciec młodego człowieka. Zaczęliśmy rozmawiać. Widocznie wzbudziłam ich zaufanie, bo starszy pan oprowadził mnie po całej hali, pokazując dokładnie wszystkie urządzenia. Stanęliśmy razem przy taśmociągu, a on pokazywał jaką marchew należy wyrzucać.

Popatrzyłam na pracujące tam kobiety. Po trzy z każdej strony taśmy. Większość starsza ode mnie, tak je wtedy oceniłam. Grubo ubrane, w kaloszach, kozakach z gumowymi rękawiczkami na dłoniach. Pracowały pośpiesznie, bez odrywania oczu od taśmy, a taśma pędziła niemiłosiernie.

Po prezentacji jeszcze długo przed domem rozmawialiśmy. Do dzisiaj pamiętam jedno zdanie: „Wie pani, tu pracują ludzie którym się nie udało życiowo”. Do dzisiaj zastanawiam się (choć teraz już rzadziej) co znaczyło to stwierdzenie. Czy mamy wpływ na to, że w życiu nam się uda czy nie? Może wszystkim rządzi po prostu ślepy los?

- Dopóki pani niczego nie znajdzie, zatrudnię panią przy marchwi, praca przy porze jest cięższa. Płace pięć złotych na godzinę. Wypłata po każdej dniówce – skończył naszą rozmowę. Nie było oczywiście mowy o żadnej umowie. Na drugi dzień, z samego rana stawiłam się do pracy.

 

W pomieszczeniu obok hali stał wielki metalowy zbiornik. Tam wrzucano marchew do pierwszego mycia . Później trafiała ona do drugiego zbiornika, płytszego, przypominającego swym kształtem patelnię. Z niego trafiała na taśmociąg, i śmiesznie podrygując pędziła w naszą stronę. Hałas, woda, chłodna betonowa posadzka, przeciągi, i my sortujące marchew.

Pracowałyśmy po kilkanaście godzin (minimum dziesięć) z jedną półgodzinną przerwą śniadaniową. Nie można było sobie pozwolić na dłuższe posiedzenie. Na zwolnienie świetlicy czekały już następne dziewczyny, które pracowały przy porze. Zresztą synowie i żona właściciela robili za kapo. Czasami wydawało mi się, że trafiłam do obozu pracy.


Mocno zdziwiłam się gdy dowiedziałam się, że żona właściciela kiedyś sama pracowała przy zbiorze marchewki. Właściciel przetwórni zakochał się w niej, i tak oto została majętną kobietą. Bardzo szybko zapomniała jak ciężko pracuje się w polu. Nie miała za grosz dla nas litości. Goniła wszystkie pracownice, stale okazując niezadowolenie.

Samo stanie przy taśmie i przebieranie marchwi nie było straszne. Monotonna praca. Tylko ta zimna woda, przeszywający chłód i hałas. Ubierałam się grubo, kilka swetrów, grube skarpety. Nie pomagało. Jeszcze długo po nocach śniła mi się ta ociekająca lodowatą wodą marchew.

 

Długo czułam, że nie jestem akceptowana przez dziewczyny. Większość z nich była Ukrainkami. Nie miały tutaj rodzin. Przychodziły do pracy również w niedzielę. Były też Polki. Zaniedbane, zniszczone, z pomarszczonymi twarzami. Popracowały parę dni, przepijały co zarobiły, a kiedy wytrzeźwiały wracały do pracy, żeby ponownie zarobić na alkohol.

Sama nie wiem czy to moja ambicja, czy może potrzeba pieniędzy, ale musiałam im udowodnić, że też potrafię stać po kilkanaście godzin po kostki w wodzie. Zaciskałam zęby, ale stałam przy taśmie przebierając marchew zgrabiałymi rękoma.


Doskonale pamiętam kiedy zostały przełamane pierwsze lody. Przyjechałam do pracy rano, jak zwykle ostatnia, bo przejazd na Oruni zawsze był zamknięty. Dziewczyny stały przed halą nie przebrane. Nie mogłyśmy pracować, szef spodziewał się kontroli. Zapadła decyzja, mamy iść na spacer w pole. – Dobre sobie – pomyślałam – spacerować w deszczu.

Zaproponowałam dziewczynom, że zabiorę je do siebie, a jak skończy się kontrola szef zadzwoni po nas. Oczywiście zapowiedział, że za stracone godziny nam nie zapłaci.

Podczas kawy rozmawiałyśmy. Dowiedziałam się o nich więcej. Były młodsze ode mnie, każda z ogromnym bagażem doświadczeń. Chyba dopiero tam u mnie w domu zaufały mi.

Wyznały mi, że darzyły mnie sympatią bo jeździłam autem. Bo ubierałam się lepiej od nich. Bo nie chciałam pracować w niedzielę. Byłam dla nich z innego świata. Wytłumaczyłam im, że sześć dni w tygodniu po dwanaście godzin wystarczy. Jeden dzień musi być na odpoczynek, na dom, na posprzątanie, ugotowanie.

Wróciłyśmy do pracy około trzynastej odmienione, uśmiechnięte, zadowolone, a co najważniejsze zaprzyjaźnione z sobą.

 

Powiadają, że w grupie jest siła, i to jest prawda. Zaczęłyśmy tworzyć zgrany zespół, a ja stanęłam na jego czele. Można było powalczyć o swoje prawa. Jako, że szefowa nie chciała słyszeć o drugiej przerwie na kawę czy papierosa, zaproponowałam rozwiązanie. Początkowo dziewczyny były przestraszone, i przekonane, że to się nie uda. Około szesnastej pod pretekstem wyjścia do toalety, wstawiałam wodę na kawę i przygotowywałam kubki. Do planu dopuściłyśmy chłopaka, który jeździł sztaplarką. Na mój znak podjeżdżał sztaplarką blisko jadłodajni i zalewał kawę. Nieco później, każda z nas, pojedynczo aby nie wzbudzić podejrzeń, szła niby do toalety, i wracając przemycała pod swetrem swój kubek. Chowałyśmy go pod taśmą, i ukradkiem piłyśmy szybko stygnącą kawę. Operacja palenie zaczynała się od sprawdzenia czy teren jest czysty, a więc czy nie ma synów i żony szefa. Jedna z nas kucała pod taśmę paląc papierosa a my w tym czasie pracowałyśmy za nią, pilnując czy nikt nie nadchodzi. Czasami nie udawało się, i paląca dostawała marchewką po głowie od brygadzisty. Poczciwego wysokiego mężczyzny z brodą.

 

Podczas przestojów wieziono nas ciężarowym samochodem do innego domu. Kierowca zawsze pędził jak szalony. Pewnego razu tylne drzwi otworzyły się, i o mały włos nie wytrząsnął nas na drogę jak jabłka z koszyka. W tym drugim domu kisiło się kapustę. Na podwórzu stały kadzie z brudną wodą, walały się plastikowe wiaderka po kiszonej kapuście i ogórkach. Dostawałyśmy małe zmiotki, takie jakimi zamiata się podłogę w domu, i w tej zimne brudnej wodzie myłyśmy wiaderka. Ręce nam kostniały. Cóż można było robić w takich momentach? Kiedy już nie wytrzymywałyśmy z zimna, i byłyśmy bliskie płaczu, zaczynałam śpiewać przeważnie „szła dzieweczka do laseczka”


Późnym wieczorem wszystkie kobiety zbierały się pod domem właścicieli. Dzwonek do drzwi, wychodziła obrażona na cały świat królowa i wypłacała nam łaskawie jałmużnę. Pięć złotych za godzinę.


Po pół roku definitywnie pożegnałam się z obozem pracy. Przyjaciółka załatwiła mi inną pracę. Kiedy pojechałam pożegnać się z dziewczynami, szczerze podziękowałam brygadziście za uświadomienie mi jak wygląda ciężka praca.


Obóz bez zasieków pod prądem, wieżyczek, strażników z psami, za to z obozowym komendantem – szefowa, i brygadą kapo – synów szefa. Przy obecnym poziomie bezrobocia, właściciele takich obozów pracy, mogą pozwolić sobie na płacenie żebraczych stawek. Bez umowy, ubezpieczenia, po kilkanaście godzin na dobę, w koszmarnych warunkach. Nie chcesz? Nie pracuj, są tysiące innych chętnych na twoje miejsce. Niestety do garnka trzeba włożyć, opłacić mieszkanie, prąd, gaz. I tak się rodzi niewolnictwo 21 wieku.


Wtedy nauczyłam się patrzeć na ceny w sklepie. Pieniądze zarabia się cholernie ciężko, a wydaje bardzo łatwo. Jeśli coś kosztowało dziesięć złotych, to musiałam na to pracować dwie godziny. Dla wielu z was czytających te słowa dziesięć złotych to nic, drobne w kieszeni. Z całego serca życzę wam abyście nigdy nie poznali smaku pracy za 5 zł za godzinę.


Swój wpis dedykuje wszystkim bogatym ludziom, którzy są nieszczęśliwi bo nie wiedzą co mają począć w życiu. Co jeszcze sobie kupić, jakie zaspokoić żądze.


Dedykuje też politykom obiecującym nam gruszki na wierzbie, kolejny raj. Bo razem zrobimy więcej, bo zasługujemy na więcej, bo wiemy co trzeba zmienić….


Praca uszlachetnia. Niedługo zaczyna się sezon marchewkowy.


ps. Po tygodniu zadzwoniła do mnie jedna z koleżanek. Pytała co u mnie słychać. Pod koniec rozmowy powiedziała - bardzo nam Ciebie brakuje, twoich pomysłów i twojego śpiewania.


+ Dodaj komentarz (-) Anuluj

Komentarze (6) »

Uwaga! Jeśli chcesz aby przy komentarzu pojawiła się nazwa użytkownika musisz być zalogowany. Jeśli nie masz jeszcze konta - zarejestruj się.

Proszę odczytaj kod potwierdzający z obrazka i wpisz w pole poniżej. Wielkość liter nie ma znaczenia. Jeśli masz problem z odczytaniem kodu, wczytaj nny obrazek

Przedostatnia lokatorka

Czwartek, 22:04, 11/08/11, tagi:

Byłam wczoraj  na pogrzebie pani Zofii Borowskiej, mamy mojej koleżanki Doroty. Od jakiegoś czasu jej stan był krytyczny. Wracała ze szpitala, żeby za moment znowu do niego wrócić. Parokrotnie odwiedzając mamę, wstępowałam do pani Zosi.

Zawsze spała przykryta szczelnie pierzynami. Podobno stale było jej zimno. Nie chciałam jej budzić, sen jest dobrym lekarstwem. Kuzyn Marek mówił, że jeśli nawet nie śpi, to błądzi na  pograniczu świadomości.

Myślałam, że nie będą potrzebowała chusteczki. Myliłam się. W kostnicy wokół trumny stały jedynie jej dzieci, Dorota i Krzysztof. Pozostali goście, w czerni, z kwiatami i wieńcami, czekali  przed kostnicą.

Nie tak dawno temu leżał tu tato. Teraz przyszła pora na Panią Borowską. W domu z czerwonej cegły z pierwotnych lokatorów, tych co zamieszkali tutaj po wojnie, została już tylko moja mama.

Czekając przywołałam dawny czas. Usłyszałam głos Pani Borowskiej, tak jak kiedyś, kiedy zachodziłam do ich mieszkania.
- Wchodź Grażyna, nie ściągaj butów, tylko wchodź – mówiła uśmiechając się. – Chcesz herbaty?

Przesiadywała przeważnie w kuchni. Na drewnianym białym taborecie, wstawionym pomiędzy szafki kuchenne. Była spragniona rozmów. Jej dzieci wyemigrowały bardzo dawno temu do Niemiec, a ona nigdy nie chciała wyprowadzić się z Oruni.

Do domu z czerwonej cegły przeprowadziła się po wojnie, i chciała być pochowaną na Oruni.  Dzieci do trumny włożyły jej atlas świata. Dopiero później dowiedziałam się dlaczego.

Popatrzyłam na Dorotę. Grymas bólu na jej twarzy sprawiał przygnębiające wrażenie. Płakała. Złożyłam im kondolencje. Mama mojej koleżanki, sąsiadka, ale jednak stanowiła cząstkę mnie.

W kościele czuć było chłód bijący od posadzki. Usiadłam po lewej stronie w środkowej części kościoła.  Nie słuchałam kazania, zatopiłam się we własnych myślach. Myślałam o przemijaniu.

Parę ławek przede mną siedziało starsze małżeństwo, Pan w dobrze skrojonej marynarce, lekko przygarbiony z siwymi włosami. Pani szczupła, filigranowa. Jej włosy nie były całkiem siwe, pasma siwizny przeplatały się z naturalnym kolorem jej włosów.

Po chwili mężczyzna odwrócił się. Od razu go poznałam – dyrektor z podstawówki Pan Zaremba. Kiwnął delikatnie głową na przywitanie. Ucieszyłam się, że go widzę. Tak jakbym zobaczyła kogoś z bliskiej rodziny, po bardzo długim rozstaniu.

Powoli ze spuszczonymi głowami  wychodziliśmy z kościoła ustawiając się w kondukcie żałobnym.  Beata, koleżanka z bloku obok ze swoją mamą i ja, zamykałyśmy kondukt. Rozmowa się nie kleiła.

Parę osób przede mną szedł Pan Zaremba. Szedł z żoną pod rękę. W pewnej chwili odwrócił się, przystanął, czekając na mnie.
- Co się dzieje z pani mamą? Już tak dawno jej nie widziałem. O ojcu słyszałem, że nie żyje?
- Mama choruje, porusza się na wózku, dlatego nie wychodzi – odpowiedziałam. – Ale wie Pan, dzisiaj wychodząc od mamy z wiązanką, podeszła do mnie kobieta i zapytała czy to na pogrzeb Pani Kołodziejskiej. Aż krzyknęłam nie! Moja mama żyje i niech żyje 150 lat! To na pogrzeb Pani Borowskiej.

Pan dyrektor spytał gdzie mieszkam, czy nie chcę do siebie zabrać mamy.
- Wie pan, moja mama wytrzymała  u mnie przez tydzień. Była zadowolona, szczęśliwa a jednak chciała wracać do siebie, starych drzew się nie przesadza.
- Ma pani rację – odpowiedział. – Mi też zaproponowano mieszkanie na Ujeścisku. Wolę zapłacić więcej i zostać na Oruni.

Szliśmy wąską alejką na samą górę cmentarza i rozmawialiśmy. Przez głowę przeleciała mi myśl, że to jest jednak niebywałe, że Pan dyrektor miał tyle uczniów, a jednak pamięta taką jedną szarą  uczennicę.

Po ceremonii pogrzebowej, kiedy właściwie miałam już odejść, usłyszałam głos Krzysztofa. Mówił bardzo po cichu z obcym akcentem.  Jakby ważył  słowa. Podeszłam bliżej. Mówił o swojej mamie. Mówił tak pięknie, że słuchając łzy leciały strumieniem.
- Moja mama była dobrym i poczciwym człowiekiem, miała swoje marzenia, których  nigdy nie zrealizowała. Nigdy nie osiągnęła celu.

Mówił o tym, że zawsze chciała podróżować, lecz nigdy nie mogła sobie na to pozwolić. Sama wychowywała dwójkę dzieci, a one dla niej były najważniejsze. Na starość zdrowie nie pozwoliło jej na podróżowanie. Niedawno poprosiła dzieci o to, żeby kupili jej atlas świata, chociaż palcem chciała wodzić po nieznanych jej kontynentach. Dlatego ten atlas został włożony do jej trumny.

Nie wiedziałam o tym. Była moją sąsiadką, mamą koleżanki, a ja tak naprawdę  niewiele o niej wiedziałam.

Ocierając łzy schodziłam powoli. Przede mną szedł pan dyrektor. Trzymał swoją żonę pod rękę.  Wyglądali na zżyte małżeństwo. Jak to dobrze mieć kogoś na starość. Kogoś kto poda ci kubek gorącej herbaty, przytuli, pogłaszcze po głowie, i powie: nie martw się, wszystko jakoś się ułoży.

Zastanawiałam się przez moment ile on może mieć lat. Wyglądał na nobliwego, starszego pana, znacznie szczuplejszego i może nieco niższego, niż wtedy kiedy kazał nam ganiać po boisku szkolnym.

Ktoś mnie zawołał. Odwróciłam głowę. To był Krzysztof. Dziękował, że przyszłam na pogrzeb. Prawdę powiedziawszy nie wiedziałam co mam odpowiedzieć. Mówił  urywanymi zdaniami. To wszystko stało się tak szybko, że on jeszcze nie może w to uwierzyć.
- Wiesz jaki był mój ojciec – próbowałam go pocieszyć. – Zaglądał  do kieliszka. Mimo to kochałam go bezgranicznie. Kiedy umarł tłumaczyłam sobie, że już go nie boli, że już nie cierpi. Tak postaraj sobie to wytłumaczyć. Twoja mama cierpiała i chciała już umrzeć.

Nie potrafiłam powiedzieć niczego więcej. W gardle uwięzła mi klucha. Przystanęliśmy. Krzysztof objął mnie ramieniem. Potrzebowałam chwili żeby się uspokoić. – Niedługo będą dwa lata jak nie żyje, a ja wciąż nie potrafię mówić o tym spokojnie.- powiedziałam po chwili – Starość nie udała się panu Bogu.
- Wiesz, słyszę to dzisiaj drugi raz, masz rację nie udała się – odpowiedział.

Pożegnałam się i szybkim krokiem poszłam do auta.

Dziwny to był dzień, dzień łez, pożegnań ale też i radości z spotkania ludzi z mojej młodości.

+ Dodaj komentarz (-) Anuluj

Komentarze (1) »

Uwaga! Jeśli chcesz aby przy komentarzu pojawiła się nazwa użytkownika musisz być zalogowany. Jeśli nie masz jeszcze konta - zarejestruj się.

Proszę odczytaj kod potwierdzający z obrazka i wpisz w pole poniżej. Wielkość liter nie ma znaczenia. Jeśli masz problem z odczytaniem kodu, wczytaj nny obrazek

Szkoła podstawowa

Czwartek, 09:27, 04/08/11, tagi:

W końcu nastał czas pójścia do szkoły. 1 września 1972r przekroczyłam próg szkoły podstawowej nr 16 na Oruni. Gdybym napisała, że wracam do tego okresu z sentymentem – skłamałabym.

Byłam przerażona. Ogromny dwupiętrowy gmach, olbrzymie korytarze pełne rozwrzeszczanej dzieciarni. Nie potrafiłam tam się odnaleźć. Stałam zawsze na uboczu. Grzeczna dziewczynka z wielkimi oczyma, w których czaił się strach.

Na domiar złego rosłam jak na drożdżach, przeskoczyłam rówieśników o głowę. Wielka jak brzoza głupia jak koza – myślałam zamykając się w sobie. Kompleks wzrostu potęgował się z dnia na dzień. Nie potrafiłam sobie z nim poradzić.  Dopiero będąc dorosłą zrozumiałam, że wzrost jest moim atutem. Chodzę w szpilkach wzbudzając zawiść płci pięknej i zachwyt brzydkiej.

Szkoła w moich czasach nie była rewią mody. Chodziło się w granatowych przeważnie nylonowych fartuszkach z białym kołnierzykiem i obowiązkową tarczą na rękawie.

Rodzice, nauczyciele, wychowawcy, dziadkowie byli autorytetami. Nie pamiętam nazwiska nauczycielki z pierwszej klasy, natomiast doskonale pamiętam panią Szwach, średniego wzrostu, farbowaną blondynkę. Była polonistką, a zarazem moją wychowawczynią w starszych klasach. Kiedy stała przy tablicy i wtłukiwała nam do łbów wiedzę, jej nogi drżały. Wyglądało to komicznie bo drgała przez to jej spódnica. Musiała palić bardzo dużo papierosów, miała żółte od nich palce.

Dla niej byłam numerem 13. Traktowała nas oschle, wyniośle, czułam przed nią respekt. Dopiero znacznie później okazało się, że pod płaszczykiem skrywa się ciepła i miła osoba.

Któregoś razu kiedy poważnie zachorowała, Beata Menes, Ewa Grzędzicka, Mariola Kowalska  i ja wybrałyśmy się do niej w odwiedziny. Stałyśmy długo na klatce schodowej. Nie otwierała, widocznie jej nie było. Już miałyśmy zrezygnować, kiedy pojawiła się na schodach. Wracała od lekarza.

Gdy nas zobaczyła na jej twarzy pojawił się szczery uśmiech. W jej oczy zalśniły łzy. Myślę, że dopiero wtedy polubiła nas a my ją. Zaprosiła nas do domu. Mieszkała sama, bardzo skromnie. Była taka podekscytowana. Dużo opowiadała. Jej głos był zupełnie  inny, niż ten podczas prowadzenia lekcji.

Niedawno brat przypomniał mi inną związaną z nią historię. Pani Szwach zadała nam  pracę domową - opowiadanie dialogiem. Poprosiłam Andrzeja o pomoc. On mi nigdy niczego nie odmówił. Napisał za mnie piękne opowiadanie o wakacjach. Oddałam zadowolona pracę i cóż... dostałam dwóję. Belferka stwierdziła, że zerżnęłam z książki.

Zbliżała się wtedy wywiadówka. Byłoby źle gdyby poszła mama. To nie był strach przed laniem, a raczej przed jej ciągłym gderaniem. Z opresji  wyciągnął mnie jak zwykle brat. Nauczycielka poskarżyła mu się, że nie chce mi się myśleć i przepisuję  z książki. Andrzej zaczął się z nią kłócić, poprosił o wskazanie tytułu książki. W  końcu przyznał się, że to on napisał. Mimo przyznania, dwója została w dzienniku.

Dyrektorem szkoły był pan Zaremba. Zwaliśmy go Parówą. Średniego wzrostu mężczyzna, dość korpulentny. Słabo go pamiętam, może dlatego, że nigdy nie miałam z nim osobiście do czynienia. Na dyrektorki dywanik trafiały zasługujące na to szkolne łobuzy, a nie ja, wiecznie przestraszona dziewczynka z wielkimi oczyma.

Gdy miałam 9 lat poszłam do I komunii. Mama uszyła mi sukienkę. Nie uroczystości komunijne, a właśnie tą sukienkę zapamiętałam najbardziej. Była z koronki, długa do ziemi, czułam się jak księżniczka. W wigilię komunii mama umyła mi włosy i nakręciła na papiloty. Spałam w nich cała noc. Niewygodę tamtej nocy doskonale pamiętam. Rano papiloty zostały zdjęte, a moje proste włosy sięgające do pasa, zmieniły się w morze loków.

Uroczystość odbyła się w kościele Św. Ignacego na Oruni. Kiedy wychodziliśmy z kościoła zaczęło niemiłosiernie lać. Deszcz kompletnie przemoczył mi sukienkę, a po moich pięknych korkociągach nie było śladu. Przemoczona jak kura poszłam do fotografa.

Wyszłyśmy od fotografa, na niebie pojawiła się piękna tęcza. Zalśniło słońce. Na podwórku minęliśmy panią Dąbrowska. Uśmiechnęła się do nas i powiedziała. - Pani Kołodziejska, trzeba było iść do tego fotografa kiedy indziej.

Szkolne lata wyglądały tak samo. Szkoła nie stała się moim drugim domem. Najbardziej bałam się być wołana przez nauczyciela do tablicy. Byłam przygotowana ale wieczna trema pozwalała mi z trudem wydukać odpowiedź. Dzwonek był wybawieniem. Odżywałam w domu w którym czułam się bezpiecznie.

 

Zdjęcia

Szkoła podstawowa

Szkoła...

Szkoła podstawowa

Szkoła...

+ Dodaj komentarz (-) Anuluj

Komentarze (1) »

Uwaga! Jeśli chcesz aby przy komentarzu pojawiła się nazwa użytkownika musisz być zalogowany. Jeśli nie masz jeszcze konta - zarejestruj się.

Proszę odczytaj kod potwierdzający z obrazka i wpisz w pole poniżej. Wielkość liter nie ma znaczenia. Jeśli masz problem z odczytaniem kodu, wczytaj nny obrazek

 

Strona 1 z 5

12345

REKLAMA

REKLAMA