Używamy cookies i podobnych technologii m.in. w celach: świadczenia usług, reklamy, statystyk. Korzystanie z witryny bez zmiany ustawień Twojej przeglądarki oznacza, że będą one umieszczane w Twoim urządzeniu końcowym. Pamiętaj, że zawsze możesz zmienić te ustawienia. Szczegóły znajdziesz w Regulaminie.

Rozumiem

Wtorek, 21/05/2024

Portal dzielnic: Orunia Dolna, Orunia Górna, Lipce, Św. Wojciech, Olszynka, Ujeścisko

menu menu menu menu menu

REKLAMA

Profil użytkownika

Graszka

< div class ="naglowek_bloga">

 

Strona 2 z 5

12345

Nenufary

Niedziela, 10:21, 24/07/11, tagi:

Mimo deszczu, przeszywającego zimnego wiatru, wybrałam się wczoraj na poszukiwanie   nenufarów. Po drodze zajechałam na Orunię. Nie musiałam, bo Mama jest od paru dni u mnie. Chciałam zobaczyć mój dom z czerwonej cegły.

O starych domach powiada się, że mają duszę, że potrafią czuć, mają pamięć, tak jakby ich mury przez lata nasiąkły tęsknotami, pragnieniami, emocjami ludzi, którzy w nich żyli.  Gdyby te czerwone cegły potrafiły mówić to co by opowiedziały?

Niewielu ze starych lokatorów pozostało w domu z czerwonej cegły. Mama i pani Borowska, która właśnie wróciła ze szpitala i jest w bardzo ciężkim stanie. Reszta już odeszła. Za kilka, kilkanaście lat pewnie sam dom podzieli ich los. Na jego miejscu ktoś zbuduje apartamentowiec albo mknąć będą auta.

Deszcz dzwonił o dach, a ja patrząc na mój dom rodzinny, uświadomiłam sobie jak szybko życie przecieka nam przez palce. Jeszcze niedawno biegałam tam zajadając się cukrową watą i oranżadą w proszku.  To było tak niedawno, a teraz mój syn jest już prawie dorosły.

Zerknęłam w głąb podwórka. Trzepak stoi  wciąż w tym samym miejscu.  Ileż czasu spędziłam tu na beztroskiej zabawie.  Kraina dzieciństwa ma to do siebie, że zawsze wypełniona jest bajecznymi kolorami, które stają się tym piękniejsze, im bardziej się od nich oddalamy.

Dziecięce zabawy. Już nikt nie gra w gumę ani w klasy. Nikt nie rysuje dziesięciu pól, z których dwa końcowe (wykonywało się na nich obrót) tworzyły charakterystyczną głowę – z tego powodu grę tą często nazywano „chłopakiem” .

A guma? Wymagała dużej sprawności fizycznej, ba, była akrobatycznym testem. Kostki, kolanka, spódniczki, pas, paszki i wreszcie szyjka. Grałyśmy zawsze w trójkę, dwa patyczaki i pyza. Jeśli któraś nie mogła, mocowałyśmy gumę o trzepak albo o słup lampy.

A państwa i miasta? Kto ze starszych czytelników pamięta zasady? Nakreślone na piachu koło dzieliło się na tyle części ilu było graczy. Potem wystarczyło wybrać sobie nazwę państwa: Stany, Anglia , Australia, Kanada. Nigdy nie wybierało się kraju socjalistycznego, a po żadnym pozorem  Związku Radzieckiego.

Środek koła zajmowało mniejsze koło, będące wyobrażeniem morza. Prowadzący grę rzucał patyk   na jedno z pól, mówiąc: „ Wywołuję jasne piwko, jasne piwko naprzeciwko… Kanada”. Zadaniem wywołanego było nadepnąć na patyk, zatrzymując  w ten sposób pozostałych graczy, którzy rozbiegali się jak najdalej od koła. Po zatrzymaniu wywołany rzucał patykiem w jednego, wybranego przez siebie gracza. Jeśli trafił ze swojego pola w któregoś z uciekających emigrantów, dawał  przyzwolenie na zagarnięcie jego ziemi. Jeśli chybił, rozbioru dokonywał nietrafiony przeciwnik.

Nasze dzieci nie znają tych gier. Wolą siedzieć przed ekranem komputera i buszować po Internecie. Stare zabawy odchodzą w zapomnienie. A może po prostu taka jest naturalna kolej rzeczy?

Lata minęły odkąd dzieciaki grały na moim podwórku w państwa miasta, zwisały na trzepaku, czy skakały w gumę. Już dawno odleciały gołębie pana Przybyszewskiego. Podwórko w kroplach deszczu wydawało się ciche, smutne i opuszczone. Powoli zarastały go chwasty.

Włączyłam silnik auta, ruszyłam w deszczu w poszukiwaniu nenufarów zostawiając za sobą jakże smutne  podwórko.

+ Dodaj komentarz (-) Anuluj

Komentarze (2) »

Uwaga! Jeśli chcesz aby przy komentarzu pojawiła się nazwa użytkownika musisz być zalogowany. Jeśli nie masz jeszcze konta - zarejestruj się.

Proszę odczytaj kod potwierdzający z obrazka i wpisz w pole poniżej. Wielkość liter nie ma znaczenia. Jeśli masz problem z odczytaniem kodu, wczytaj nny obrazek

Opowieść z duchami

Sobota, 17:31, 23/07/11, tagi:

Środek lata, wczesne popołudnie, siadamy jak zwykle na krawężniku. Dwa patyczaki i pyza. Patrzymy na przejeżdżające pociągi. Wyciągamy nogi i z zainteresowaniem kontemplujemy tenisówki. Nic nie przychodzi nam do głowy. Nudy. Co jakiś czas przejeżdżający ulicą samochód zmusza nas do ewakuacji odnóży.

- Może wybierzemy się na cmentarz? – rzuca Małgosia.

Oczywiście popieram, ale w duchu myślę – tylko nie to. Wstyd okazać strach. Same na cmentarz bez rodziców i oczywiście bez ich wiedzy. Chwilę debatujemy. Do naszej grupy dołącza Mariola i Beata, koleżanki spod 14. Wszystkim pomysł przypada do gustu.

Ruszamy ulicami Oruni. Przechodzimy przez strzeżony przejazd kolejowy, wkraczamy na Rejtana, skręcamy w lewo w Jedności Robotniczej, ocienionym kasztanami wałem dochodzimy do cmentarza.

Usytuowany jest on za kościołem na porośniętym drzewami wzgórzu. Panuje tu miły chłód. Trzymam się grupy. Nie daję po sobie poznać, że paraliżuje mnie strach. Oglądając nagrobki wchodzimy na samą górę. Znajdujemy dziurę w płocie i przechodzimy poza teren cmentarza. Siadamy na trawie po turecku. Zaczyna się koszmar.

Opowieściom o duchach, wampirach, trupach nie ma końca. Czarny facet w czarnym garniturze jeździ czarna wołgą, i porywa dzieci. Dziewczyny opowiadają niestworzone historie, sytuacja staje się coraz bardziej napięta. Niepostrzeżenie zapada zmierzch. Zastanawiamy się jak tu teraz wrócić do domu. Żadna z nas nie przyznaje się ale myślę, że wszystkie jesteśmy mocno przestraszone. Nie ma innego wyjścia, musimy wrócić tą samą drogą. Przez spowity ciemnościami cmentarz. Z krzaków dochodzą różne dziwne odgłosy, wydaje się nam, że to trupy wstają z grobów. Każda z nas drży jak osika na wietrze. Szczękamy zębami.

Z ulgą docieramy na naszą ulicę. Wchodzimy na podwórko i …..

- Popatrz Grażyna tam głębi przy twoim mieszkaniu jakiś facet stoi, to na pewno duch – mówi Małgosia i dodaje po chwili – albo zboczeniec.

Dziewczyny rozpierzchają się z piskiem do swoich mieszkań. Zostaje sama. Wycofuje się pośpiesznie na ulicę. Robi się cicho i całkiem ciemno. Czasami ktoś przejdzie popatrzy wbitą w chodnik przerażoną dziewczynkę. Wzrusza ramionami, i idzie dalej.

- Mamo! – krzyczę – Mamo! Na próżno, nikt nie słyszy mojego wołania. Stoję tam wiek. Jestem zmarznięta i zasycha mi w gardle od ciągłego krzyczenia. Z opresji wybawia mnie mama Małgosi. Ich mieszkanie jest bliżej ulicy. Widocznie mnie usłyszała.
- Dziecko, chodź ja ciebie zaprowadzę. – Trzymam się jej kurczowo, dochodzimy w głąb podwórka .
- Widzisz tu jakieś duchy? – pyta śmiejąc się.
- Nieee – cała się trzęsę – ale były! – dodaje.
Ten spacer był dla mnie taką traumą , że do dziś nie oglądam horrorów.

+ Dodaj komentarz (-) Anuluj

Komentarze (0)

Uwaga! Jeśli chcesz aby przy komentarzu pojawiła się nazwa użytkownika musisz być zalogowany. Jeśli nie masz jeszcze konta - zarejestruj się.

Proszę odczytaj kod potwierdzający z obrazka i wpisz w pole poniżej. Wielkość liter nie ma znaczenia. Jeśli masz problem z odczytaniem kodu, wczytaj nny obrazek

Oruńskie podwórko

Czwartek, 09:36, 14/07/11, tagi:

Małgosia- dziewczyna z kilkoma piegami na nosie była mi zawsze bliska.

W każdej grupie musi być przewodnik stada. W naszym  trzyosobowym była   Małgosia.  Chodziłyśmy do równoległych klas, ale za to czas po szkole spędzałyśmy zawsze razem. Ta przyjaźń trwa  do dzisiaj.

Mieszkała wraz z mamą i starszym rodzeństwem na parterze z drugiej strony domu z czerwonej cegły. To były inne czasy. Nie było komputerów, telewizję oglądało się sporadycznie, a życie toczyło się na podwórku.

Moje podwórko- wciśnięte między dwa domy.  Suchym latem, każdy podmuch wiatru wzniecał  tumany pyłu niczym na pustyni.  Po środku zadzerwiały, przekrzywiony  trzepak na którym robiło się przeróżne fikołki.

Kiedy niedawno zapytałam syna czy wie co to jest „sekret”, oderwał  wzrok od  laptopa  i ze zdziwieniem na mnie spojrzał.

-  wyjaśnię ci

Robiłyśmy dziurę w ziemi, wkładałyśmy tam  kwiatki,  sreberka , piórka. Przykrywałyśmy to kolorowym szkiełkiem, przeważnie było to zielone denko od butelki. Na koniec przysypywałyśmy ziemią.  Na drugi dzień, delikatnie aby nie uszkodzić, odsłanialiśmy, sprawdzając  która zrobiła ładniejszy sekret.

Najlepsze pomysły wpadały nam do głowy kiedy  siadałyśmy  na  krawężniku.  Dorota, Małgosia i ja. Rozsiadałyśmy się wygodnie, wyciągając na ulicę  chude nogi. Dwa patyczaki i jedna pyza.

Pewnego razu Małgosia wpadła na pomysł, że zbudujemy  własny domek. Podczas narady na chodniku, wszystko zostało szczegółowo uzgodnione.

Na naszej ulicy, wszyscy mieli piece, drzewo które służyło do rozpalania   przechowywane było przez cały rok. To był nasz budulec.

Z sąsiednich podwórek i działek za zgodą właścicieli lub czasami, bez ich wiedzy przytargałyśmy odpowiednią ilość  długich desek, płyt, starych drzwi. Przystąpiłyśmy do budowy naszego domku.  Za jedną ze ścian posłużył nam drewniany płot sąsiadów odgradzających parcele.

Do tej pory nie wiem jak tego dokonałyśmy. Bez użycia gwoździ, młotka, powstał  drewniany domek dwupokojowy. Miałyśmy tylko jeden problem, na czym usiąść podczas „narad wojennych”.  Długo debatowałyśmy, aż poszłyśmy do pobliskiego skupu butelek.  Mieścił się on nieopodal na podwórku  domu pod 15. Pani Wiąckowa,  około czterdziestoletnia kobieta, dla mnie wtedy bardzo wiekowa, podarowała nam cztery drewniane skrzynki. Problem został rozwiązany.  Nie dość , że miałyśmy na czym siedzieć, to jeszcze z jednej skrzynki zrobiłyśmy stół. Już nie pamiętam, która z domu przyniosła wazonik, w każdym bądź razie , wylądował on na naszym pięknym stole. Po świeże kwiaty chodziłyśmy na działki. Jedyna rzecz nas martwiła,  kto naszego domku będzie pilnował? Udało nam się zrobić korytarz, dwa pokoje, dach, ale nie miałyśmy pomysłu na zamontowanie drzwi. Jak tu teraz zostawić swoje skarby ( stare skrzynki i wazon) tak na pastwę losu.

Jak zwykle to Małgosia znalazła rozwiązanie- musimy mieć pasa.

Dwie chude szkapy z wielkimi kokardami na głowach  rozpoczęły łowy.   Długo chodziłyśmy  po ulicach, aż w końcu ujrzałyśmy błąkającego się kundelka. Był  chudy i brzydki tak jak my. Jeszcze na ulicy oswoiłyśmy go, głaszcząc i mówiąc do niego pieszczotliwie. Całe szczęście na szyi miał obroże. Z przygotowanego wcześniej sznurka zrobiłyśmy smycz .  Dumne z siebie wróciłyśmy na podwórko.

Usiadłyśmy wygodnie na skrzynkach, pies łasił się i poszczekiwał pociesznie. Nastała  pora obiadowa, rozległo się wołanie maminy   – oooobiad.

Ustaliłyśmy, że zaraz po, spotykamy się ponownie w domku. Psa przywiązałyśmy do drzwi.

Szkoda było nam czasu na siedzenie w domu, dlatego obiad przełknęłyśmy w pośpiechu.  Nasz piesek ujrzawszy nas zaczął  warczeć, szczekać, pokazywać biały kły. Stałyśmy  przerażone dobrą chwilę, nie wiedząc co robić. Pies spełniał swoją rolę, bronił  domku, tylko dlaczego przed nami? Poprosiliśmy rodziców o pomoc, ktoś z dorosłych odciął sznurek i pies pognał przed siebie.

Jedynie pan Przybysz był bardzo niezadowolony. Domek opierał się o jego płot. Wysoki, łysawy, starszy człowiek. Przechadzał się po swoim podwórku jak indor i patrzył swoimi świdrującymi oczami na wszystko co go otacza. Kiedy już dojrzał którąś z mam – skarg nie było końca.  Nie powinno się mówić źle o ludziach którzy już nie żyją, ale o nim się nieda.

Oprócz czepiania się wszystkich w koło, miał swoiste hobby. Zawsze w sobotę otwierał swój garaż, wypychał  swoją Syrenę. Przez pół dnia mył ją i pucował. Później odpalał silnik przejeżdżał do końca ulicy, poczym chował ją do garażu.

Przez jego gderanie musiałyśmy rozebrać swój domek.

+ Dodaj komentarz (-) Anuluj

Komentarze (6) »

Uwaga! Jeśli chcesz aby przy komentarzu pojawiła się nazwa użytkownika musisz być zalogowany. Jeśli nie masz jeszcze konta - zarejestruj się.

Proszę odczytaj kod potwierdzający z obrazka i wpisz w pole poniżej. Wielkość liter nie ma znaczenia. Jeśli masz problem z odczytaniem kodu, wczytaj nny obrazek

Dojrzała kobieta

Poniedziałek, 07:23, 11/07/11, tagi:

Kobieta pięćdziesięcioletnia postrzegana jest jako starsza pani, przeważnie niemodnie ubrana, bez planów na przyszłość. Jej jedynym zajęciem powinno być niańczenie wnuków. Nie ma ona prawa do bycia szczęśliwą, atrakcyjną, z głową pełną marzeń.

Pięćdziesięciolatek to mężczyzna w sile wieku. Może odnosić sukcesy zawodowe, rozbijać się drogimi autami, pływać na desce, lub latać na glajtach, uczyć się języków obcych, i podrywać młode kobiety, dla których jest bankomatem.

Kiedy kobieta dojrzała zmienia swój wizerunek, od razu odzywają się strażnicy przyzwoitości. Niedawno przeczytałam artykuł o Ewie Kasprzyk. Skończywszy pięćdziesiąt lat zdecydowała się na roznegliżowane zdjęcia. Nadwiślańscy Talibowie nie zostawili na niej suchej nitki.

Z kolei Katarzyna Grochola biorąc udział w Tańcu z gwiazdami, pokazała wszystkim, że jest to dla niej doskonała zabawa, a nagroda nie ma znaczenia. Kolorowe czasopisma rzuciły się na nią jak sępy. Bez końca rozwodziły się na temat romansu jaki podobno Grochola miała nawiązać ze swoim gwiazdowym partnerem, co oczywiście było fałszem.

Kiedy w dojrzałym życiu Ilona Łepkowska oznajmiła mediom, że znalazła swoją wielką miłość, i wcale się tego nie wstydzi, tabloidy zawisły jej u gardła. Krystyna Janda, rocznik 1952, wzięła ogromny kredyt i urealniła swoje wielkie marzenie – stworzyła teatr.

Może ktoś zarzucić, że przytaczam osoby z pierwszych stron gazet, że my zwykłe kobiety to co innego – nieprawda! Czy kobietom dojrzałym nic nie należy się od życia? Twierdzę, że należy, i tego będę się trzymała.

A teraz nie o celebrytkach, a o mnie, zwykłej kurze domowej.

Na początku tygodnia wybrałam kilka swoich zdjęć i wywołałam w dużym formacie. Razem z synem kupiliśmy najtańsze ramki. W piątek, po ciężkim dni pracy, pojechałam kupić farby. Postanowiłam odmalować kuchnię. Powieszę swoje zdjęcia i zaproszę znajomych na otwarcie autorskiej galerii zdjęć. – W kuchni? – zapyta ktoś zdziwiony. Co za różnica gdzie, liczy się pomysł, chęci i pasja.

Dlaczego o tym piszę? Może jakaś kobieta  przeczyta, zastanowi się, znajdzie pomysł dla siebie. To nie muszą być zdjęcia, to równie dobrze może być szydełkowanie lub robienie na drutach. Ważne żeby dawało satysfakcję. Coś co pozwoliło na moment zapomnieć o kłopotach dnia codziennego. Kamiński w swojej książce napisał "Każdy z nas musi znaleść swój biegun" . Ja znalazłam. A TY?

+ Dodaj komentarz (-) Anuluj

Komentarze (5) »

Uwaga! Jeśli chcesz aby przy komentarzu pojawiła się nazwa użytkownika musisz być zalogowany. Jeśli nie masz jeszcze konta - zarejestruj się.

Proszę odczytaj kod potwierdzający z obrazka i wpisz w pole poniżej. Wielkość liter nie ma znaczenia. Jeśli masz problem z odczytaniem kodu, wczytaj nny obrazek

Cud Oruński

Wtorek, 21:16, 05/07/11, tagi:

Kiedy czytam w gazecie na temat poczynań naszego prezydenta miasta, wydaje mi się, że wracam czasów feudalnych. Kiedy Wójt i pleban decydowali o wszystkim.

Cytuje za portalem Sfora.pl: „Niezwykła transakcja w Gdańsku.

Arcybiskup Sławoj Głódź nie zapłaci ani grosza za działkę wartą 450 tys. zł., a Gdańsk jeszcze dopłaci arcybiskupowi.

Prezydent Gdańska postanowił przekazać parafii św. Ignacego Loyoli na działkę o powierzchni 3300 m kw. Nieruchomość wartą 457 tys. zł odda bez przetargu za jeden procent wartości. W ten sposób działka powiększy ogród  arcybiskupa Głódzia przy jego nowej rezydencji przy ul. Brzegi.

Jednak gmina nie otrzyma nawet 1 proc. tej kwoty (4573 zł).

Powód? Kuria naliczyła miastu  większą opłatę za umożliwienie publicznego dojścia do cmentarza przy parafii Loyoli. Wyceniła ją na 5175 zł.

W efekcie kuria dostanie jeszcze z miejskiej kasy 602 zł.” Koniec cytatu.

 

Prezydent Adamowicz zapytany czy powyższe informacje są prawdziwe odpowiedział:

„Jest to prawda, ale też przedstawiona w specyficzny sposób. Już dziś pisałem to w odpowiedzi na inne zapytania, ale jeszcze raz napiszę: Wiele lat temu urzędujący wtedy wojewoda z ramienia SLD pan Jędykiewicz sporządził darowiznę części Parku Oliwskiego w Gdańsku dla Kurii Biskupiej, o czym koledzy i koleżanki z lewicy często starają się zapominać. O tej darowiźnie nikt z nas nie miał pojęcia dopóki diecezji nie objął Arcybiskup Głódź, który ową darowiznę z szuflady wyciągnął i postanowił tę część Parku dla diecezji pozyskać oraz odgrodzić. Według oceny prawników mieliśmy tylko 50% szansy, że wygramy ewentualny proces wytoczony nam przez Kurię. Doszło więc między nami do ugody, która nie jest jeszcze podpisana. Arcybiskup zrzeka się roszczeń do Parku, który służy gdańszczanom i turystom a miasto przekazuje za 1% wartości teren przylegający do działki biskupa w Oruni. Działka jest bardzo stromym nieużytkiem, nienadającym się do zabudowy również ze względu na strefę ochronną wokół cmentarza. Moim zdaniem zabezpieczyliśmy tak, jak to było możliwe ważny interes mieszkańców jakim jest zachowanie w całości Parku Oliwskiego.”

 

Zaprawdę dziwna to władza, która  przejmując rządy, nie sprawdza wszystkich dokumentów, i nie sporządza bilansu otwarcia. Czyżby to zbieg okoliczności, że najpierw arcybiskup przeprowadza się z pięknej Oliwy na obrzeża Gdańska, z Pałacu do sutereny, a dopiero później ujawnia dokumenty? Dziwni to prawnicy którzy szacując szanse wygranej na 50%, rezygnują z procesu.

 

Czy owe nieużytki są rzeczywiście nieużytkami? Czy za niedługo nie dowiemy się o bardzo dobrze położonej działce, o powierzchni 7,7ha, zamkniętej ulicami Zamiejską, Podmiejską oraz Brzegi, przylegającej do terenów posiadanych już przez kurię, która zmieni właściciela za kolejną dopłatą ze strony  sprzedającego? Nota bene, uchwalony w kwietniu 2008 roku plan zagospodarowania przestrzennego numer 1741, ustanawia dla tej działki możliwość zbudowania tzw. dominanty przestrzennej, czyli budowli o wysokości do 60 metrów. W czasie uchwalania tego planu jako argument za zapisem umożliwiającym takie a nie inne zagospodarowanie, podawano, że teren ten będzie można dzięki temu dobrze sprzedać potencjalnemu deweloperowi.

 

Moim skromnym zdaniem na tych nieużytkach otrzymanych przez miasto kościół postawi bizantyjską świątynie, Marzenie Arcybiskupa Leszka Głódzia. Marzenie doskonale znane byłemu ministrantowi Pawłowi Adamowiczowi, gdyż Arcybiskup tu po objęciu władzy, złożył na jego ręce plany owej świątyni.

+ Dodaj komentarz (-) Anuluj

Komentarze (4) »

Uwaga! Jeśli chcesz aby przy komentarzu pojawiła się nazwa użytkownika musisz być zalogowany. Jeśli nie masz jeszcze konta - zarejestruj się.

Proszę odczytaj kod potwierdzający z obrazka i wpisz w pole poniżej. Wielkość liter nie ma znaczenia. Jeśli masz problem z odczytaniem kodu, wczytaj nny obrazek

 

Strona 2 z 5

12345

REKLAMA

REKLAMA