Traktujemy ich jak partnerów

Autor: p.olejarczyk, Data publikacji: 2010-10-18 19:21:00

Środowiskowemu Domowi Samopomocy przy ulicy Nowiny „stuknęło” 15 lat. Wielu obecnych i byłych podopiecznych – są nimi osoby niepełnosprawne intelektualnie, a także wolontariuszy oraz pracowników wywodzi się z Oruni.

Nasi rozmówcy, którzy byli lub są związani z „Nowinami”, opowiadając o piętnastoleciu ośrodka mówią zgodnie o rzadko spotykanej atmosferze bezinteresowności i przyjaźni, przełamywaniu stereotypów, poznawaniu się nawzajem. Opisują również trudne początki. I w tym przypadku, każda z takich historii zawiera dwie, te same postacie, dzisiaj już szeroko znane oruńskiej społeczności.

Pierwszą z nich jest Piotr Wróblewski – prezes Stowarzyszenia Inicjatyw Lokalnych „Orunia”. Drugą, jest jego żona – Marianna Sitek-Wróblewska, prezes Gdańskiej Fundacji Innowacji Społecznej, organizacji, która jest m.in. odpowiedzialna za powołanie oruńskiego Domu Sąsiedzkiego „Gościnna Przystań”. Kilkanaście lat temu, duet ten zarządzał innym ośrodkiem, tym funkcjonującym przy ulicy Nowiny. Pomysłodawcą ośrodka adaptacyjnego dla osób niepełnosprawnych (pracuje on tylko w dzień) był gdański Miejski Ośrodek Pomocy Społecznej.
- Mieliśmy za zadanie stworzyć takie miejsce, w którym nasi podopieczni mieliby możliwość nabierania niezbędnych do życia w społeczeństwie umiejętności. Wiedziałam, że takiej oferty nie da się budować w izolacji. Naszą myślą przewodnią była więc integracja z najbliższym środowiskiem, z dzielnicą, z ludźmi, mieszkającymi obok – mówi Marianna Sitek-Wróblewska, która kilkanaście lat temu stała na czele „Nowin”.

Wspólny język był podstawą
Pracy było tak dużo, że „obaj Wróblewscy czasami po prostu nie kontaktowali” – jak barwnie opisują ich znajomi. Obrazuje to jedna z anegdot. Będąca wówczas w ciąży Marianna wpada do pokoju, w którym siedzi całkowicie pochłonięty w papierach jej mąż. Kopie, kopie! – krzyczy uradowana, trzymając się za brzuch. Ale jakich dokumentów? – miał pytać wybranek jej serca.

Aby wprowadzić „integracyjne” pomysły w życie, nie wystarczyły tylko słowa i dobre chęci. Potrzeba było jeszcze konkretnego wsparcia. W sukurs przyszli wolontariusze. W większości byli to ludzie bardzo młodzi, którzy, jak obecnie wspomina wielu z nich, chcieli zrobić coś dobrego dla innych. Przy ośrodku zaczęła się więc formować grupa zapaleńców. Pierwszym etapem ich działania było szukanie wspólnego języka z podopiecznymi Domu. Tej swoistej komunikacji uczyły się obie grupy.
- Bardzo szybko między wolontariuszami, a osobami niepełnosprawnymi zaczęły się zacierać formalne bariery. Nawiązywały się znajomości i przyjaźnie. Młodzi ludzie przychodzili do ośrodka nie na zasadzie „teraz moja kolej pomóc”, a po to, aby „odwiedzić Ewkę”, czy „zobaczyć, jak sobie radzi Mariusz” – opowiada Piotr Wróblewski.

Jednym z wolontariuszy był wówczas Michał Tobolski. Ale jak sam mówi, wszyscy znali go tutaj pod ksywką „Łysy”. W ośrodku na Nowinach pojawił się już w liceum. Pomagał przez siedem lat. Tutaj nawiązał szereg trwających do dziś przyjaźni. Jedna z działających w ośrodku wolontariuszek zrobiła na nim szczególne wrażenie – wkrótce „Łysy” przestał już być kawalerem.
- Tutejsi wolontariusze to była naprawdę ciekawa mieszanka ludzi: studenci, ludzie pracujący, artyści, informatycy. Bardzo wiele się nauczyłem. Poznałem w praktyce, co oznacza tolerancja, czy praca z niepełnosprawnymi. Było dużo dobrej zabawy, ale czasem i sporo pracy. Niekiedy trzeba było i „dupsko” komuś podetrzeć – śmieje się „Łysy”.

Nie traktujmy ich jak dzieci!
Niepełnosprawni jeździli ze swoimi opiekunami na obozy, zimowiska, kolonie. Z czasem pracownikom ośrodka udało się pozyskać sponsorów. Dzięki temu wychowankowie Domu mieli okazję pojechać w wiele miejsc Europy – zwiedzili m.in. Włochy, Litwę, Austrię i Węgry. Także i obecnie wychowankowie z „Nowin” aktywnie spędzają czas. Odwiedzają miejskie galerie, chodzą na koncerty do filharmonii, oglądają sztuki w teatrach. Ale jak mówią opiekunowie, nie tylko o zabawę tutaj chodzi.
- Bardzo często i to w dobrej wierze mamy do czynienia z traktowaniem osób niepełnosprawnych umysłowo w sposób infantylny. Sztuki z ich udziałem to z reguły jakieś „biedroneczki”, muzyka, którą im się daje do słuchania to głównie Disco Polo. My traktujemy ich jak partnerów, w związku z tym musimy przedstawiać im otaczający ich świat zupełnie inaczej – mówi Adam Stawicki, jak sam o sobie mówi: „człowiek od wszystkiego” w Środowiskowym Domu Samopomocy.

Wtóruje mu Maciej Pazera, obecny kierownik ośrodka.
- Nawet dzisiejsza uroczystość pokazuje, że taki kierunek jest słuszny. Przy pomocy opiekunów nasi podopieczni przygotowali występy artystyczne na naprawdę wysokim poziomie. Oni sami zaczynają być twórcami. Robią dobre sztuki, uczą się grać na instrumentach. Jest to o tyle ważne, że właśnie w taki sposób, uczą się funkcjonowania w społeczeństwie. Zaczynają korzystać w pełni z przysługujących im praw obywatelskich.

I rzeczywiście. Niektórzy wychowankowie Domu Samopomocy pracują (najczęściej rozdają gazety), inni „idą na swoje” - trafiają do mieszkań chronionych.
Pracownicy ośrodka chcą nawiązać bliższą współpracę z oruńskim Domem Sąsiedzkim. Być może już niedługo podopieczni Domu Samopomocy będą przychodzić tutaj na zajęcia komputerowe.