Tu grzebano zmarłych

Autor: p.olejarczyk, Data publikacji: 2017-11-01 12:10:00

Przypominamy nasz dawny, ale wciąż aktualny tekst: Niektóre wciąż istnieją, o innych mówią tylko symboliczne pomniki, są i takie, o których już nikt nie pamięta – o oruńskich i tych położonych na Starych Szkotach miejscach pochówku opowiada profesor Jerzy Samp.

- Najbardziej wartościowym pomnikiem dla wszystkich miejsc pochówku jest nasza pamięć. Orunia i Stare Szkoty, tak jak wiele innych części Gdańska, to właściwie jedna wielka nekropolia – mówi profesor Jerzy Samp, autor wielu opracowań historycznych na temat Gdańska.

Na przestrzeni wieków zmarłych chowano tutaj w najprzeróżniejszych miejscach – na terenach przykościelnych, nieopodal siedzib zakonów, pod posadzkami zburzonych później świątyń. W czasach bardziej nam współczesnych, w 1945 roku, kiedy trwała jeszcze wojenna zawierucha  z reguły nie zaprzątano sobie głowy pochówkiem na cmentarzach.

Ludzi grzebano w przydomowych ogródkach i przyulicznych grobach. Polegli niemieccy żołnierze byli zakopywani m.in. wzdłuż ulicy Starogardzkiej. W tamtym okresie nie brakowało również samosądów na mieszkających tu w czasie okupacji  Niemcach. Niekiedy chodziło o rzeczywistą zemstę, innym razem w grę wchodziła chęć przejęcia majątku ofiary.

- Nieopodal kościoła Św. Ignacego mieszkał niemiecki lekarz, który nie zgadzał się z „brunatną” rzeczywistością.  W czasie wojny pomagał Polakom, ukrywał ich, chronił przed prześladowaniami, nigdy nie wpadł w ręce hitlerowców. To wszystko nie pomogło mu jednak, kiedy spotkał się ze swoimi oprawcami w 1945 roku. Został zastrzelony i pochowano go tuż obok jego własnego domu – opowiada historyk.

Profesor nie raz w swojej karierze naukowej spotykał się z doniesieniami o odkryciu szczątków ludzkich na terenie Oruni.  Te, jak przypomina sobie naukowiec, znaleziono chociażby na terenach skrzyżowania Dworcowej z Traktem Św. Wojciecha (w rejonie budynku KRUS).

Na wiele ciał natrafiano kiedyś w Kanale Raduni. – Tuż po wojnie były przypadki, że gwałcone i maltretowane przez żołnierzy radzieckich kobiety nie wytrzymywały i rzucały się do wody. Często wspólnie ze swoimi dziećmi. Wybierały śmierć dla siebie i swoich najbliższych – wspomina profesor Samp.

Masowym miejscem pochówku były tereny przykościelne. Jeden z takich cmentarzy, po którym nie pozostał już żaden ślad, leżał naprzeciwko dzisiejszego kościoła Św. Ignacego Loyoli – po drugiej stronie Kanału Raduni (w okolicach funkcjonującej obecnie stacji benzynowej). Na początku XVII wieku to właśnie tam powstał pierwszy (kilkadziesiąt lat później został zburzony), jezuicki kościół.

Obok świątyni był klasztor i szkoła, grzebano tutaj także zmarłych. Niewykluczone, że w rejonie gdzie obecnie biegną tory kolejowe, ewentualne prace archeologiczne pozwoliłyby na odkrycie ludzkich szczątków, chowanych tu w XVII wieku.

Zapomnianym miejscem pochówku jest również obszar położony bliżej Śródmieścia, w okolicach rozgałęzionego torowiska kolejowego Gdańsk Południe, wjazdu do miasta. Tam w połowie XVII wieku powstała świątynia Jana Chrzciciela (w następnych 150 latach kościół był trzy razy odbudowywany), założona przez braci zakonu bonifratrów.

Członkowie klasztoru prowadzili tutaj także jeden z największych lazaretów w Gdańsku. Na obszarze zarządzanym przez zakonników chowano zmarłych. Dziś nikt nie jest w stanie powiedzieć, ilu ludzi zostało tutaj pogrzebanych.

Inaczej rzecz ma się z dawną ewangelicką nekropolią. W tym przypadku informacji jest znacznie więcej. Najwcześniejsze wzmianki o istnieniu tego oruńskiego, położonego tuż obok kościoła Św. Jerzego (dzisiejsza świątynia przy Gościnnej) cmentarza pochodzą z pierwszej połowy XVI wieku. Spoczywają tutaj mieszkańcy Oruni, od kowala po miejscową elitę. W tym miejscu pochowano m.in. dziadka słynnego filozofa Artura Schopenhauera - Andrzeja.

Pierwotnie cmentarz ulokowany był pomiędzy dzisiejszą ulicą Gościnną (na wysokości przychodni lekarskiej) a linią wytyczoną przez obecną linię kolejową. Na początku XX w. powiększony został o część po drugiej stronie torów – nekropolia sięgała ulicy Związkowej, Uroczej i Dworcowej.

Kiedyś były tutaj grobowce, wielkie mury, brama (wchodziło się przez ulicę Gościnną), kaplica,  swój dom miał także grabarz.
- Warto pamiętać, że jeżeli nawet o tym cmentarzu mówi się, że był on ewangelicki, to po drugiej wojnie światowej chowano tutaj także katolików. Można śmiało powiedzieć, że nekropolia ta była miejscem, gdzie spoczywały setki osób – dodaje historyk.

W latach 60-tych na ulicy Żuławskiej zaczęła się budowa nowych bloków i to był koniec cmentarza. Wjechały koparki, niszczono nagrobki, rozkradano cegły z muru okalającego nekropolie.
- Dzieci bawiły się ludzkimi kośćmi i czaszkami, które wykopywano z ziemi. Pamiętam jak na jednym z drzew zawisły ludzkie szczątki, kto to zrobił i dlaczego, tego nie wiem. Ten swoisty sadyzm w stosunku do zmarłych był przerażający – komentuje profesor.

Pod koniec 2009 roku miasto postawiło tutaj pomnik upamiętniający dawny cmentarz ewangelicki.

Wspomniany wyżej kościół Św. Jerzego (w przeszłości była to świątynia ewangelicka) stanowił miejsce, w którym również chowano zmarłych. Kościół został jednak zburzony w 1813 roku przez Kozaków – na jego miejsce powstała nowa świątynia. Nie przeprowadzono wówczas ekshumacji spoczywających tu szczątków ludzkich.

Grobowce można znaleźć (jest to miejsce pochówku wielu jezuitów) również pod posadzką kościoła Św. Ignacego Loyoli (wzniesiony został w połowie XVIII wieku). Obok położony jest cmentarz, na którym spoczywa wiele wybitnych postaci. Dość wspomnieć Jana Jerzego Haffnera (lekarz wojsk napoleońskich, uznawany za jednego z „ojców założycieli” Sopotu, twórca kąpieliska w Brzeźnie), Leona Miszewskiego (duchowny zaliczany do najwybitniejszych działaczy gdańskiej Polonii lat dwudziestych XX. wieku, polski poseł do gdańskiego Volkstagu), czy Emilię Hoene (w 1918 roku przekazała Park Oruński miastu).