Gdybym ja nie kochał tego zajęcia...

Autor: p.olejarczyk, Data publikacji: 2010-02-07 15:47:00

Jest ich już coraz mniej. Niszczy ich elektronika, wysokie czynsze, a nawet wszędobylska „chińszczyzna”. Jeden z nich ostał się jeszcze na Oruni. Ale i on ledwo wiąże koniec z końcem.

Rozmowa ze Stanisławem Karczem, właścicielem zakładu zegarmistrzowskiego na Trakcie Św. Wojciecha 101.

Jak długo już istnieje Pana zakład?
Poprzedni właściciel i jednocześnie mój mistrz, który nauczył mnie zawodu, pan Stanisław Ogrodowicz, prowadził ten zakład na Oruni już praktycznie przed wojną. Z tym, że w innym miejscu niż teraz – na ulicy Podmiejskiej. Później zegarmistrz znalazł się w budynku na skrzyżowaniu Traktu Św. Wojciecha i ulicy Małomiejskiej. Kiedy w latach 50. na Oruni rozbudowywano linię tramwajową, zakład przeniósł się po raz kolejny. Na nową inwestycję potrzebowano po prostu więcej miejsca, zegarmistrz dostał od miasta lokal zastępczy, właśnie tutaj, gdzie dzisiaj jesteśmy – Trakt  Św. Wojciecha 101. Ja trafiłem tutaj dużo później. Przyszedłem po to, aby uczyć się zawodu. I w 1986 roku przejąłem ten zakład od mojego mistrza. On sam przeniósł się do Gdyni.

Dlaczego zdecydował się Pan akurat na ten zawód?
Szczerze powiem, że miałem inne marzenia. Chciałem naprawiać telewizory. Pociągały mnie te wszystkie mechanizmy. Jednak już w młodości miałem poważne problemy ze zdrowiem. I jako inwalida zostałem skierowany do specjalistycznej poradni, gdzie miano mi pomóc z wyborem ścieżki kariery. Tam po testach i rozmowach stwierdzono, że moja siła to wielka precyzja. Wtedy właśnie padła nazwa zegarmistrz. Zaciekawiła mnie możliwość takiej pracy. Zacząłem więc u zegarmistrza terminować. No i sam nim teraz jestem (śmiech).

Ma Pan teraz swoich uczniów?
Chciałem wyszkolić jednego chłopaka na początku lat 90. Ale to już był okres, kiedy zaczęło się psuć w moim zawodzie. Ludzie coraz rzadziej przychodzili naprawiać zegarki. Doszedłem do wniosku, że nie stać mnie po prostu na ucznia. Poza tym nie miałem go również na czym wyszkolić. Nie było po prostu ku temu warunków, tak mało zegarków do mnie trafiało. To na czym miał on terminować? Teraz też właściwie mógłbym taką osobę nauczyć tylko wymiany baterii, ewentualnie zakładania pasków i teleskopów. I to wszystko.

Interes tak kiepsko idzie?
Kiedy przejmowałem zakład, to mogłem siedzieć w zegarkach 24 godziny na dobę i jeszcze się nie wyrabiałem z zamówieniami. Interes szedł znakomicie. Z początkiem lat 90. zaczęło się zmieniać na gorsze. Wiadomo, nastały czasy elektroniki, starsze zegarki odeszły w niepamięć. Kraj zalała tzw. chińszczyzna, która jest tak tania, że często nie opłaca się jej naprawiać. Próbowałem zegarki sprzedawać, ale też mi nie wyszło. W sumie nawet to się jakoś kręciło, ale pod koniec lat 90. miałem w ciągu miesiąca aż trzy włamania do zakładu. Nie mogłem sobie pozwolić na kupno nowego towaru. Zostałem więc przy naprawie zegarków.

Miał Pan kiedyś ochotę zamknąć zakład i zająć się czymś innym?
Dwa lata temu byłem już bliski podjęcia takiej decyzji. Nie chcę tu oczerniać miasta, ale prawdą jest, że podnieśli mi czynsz o 500 procent. Od tego czasu ledwo starcza mi na opłaty. Było i jest mi ciężko, ale chcę dalej pozostać w tej branży...

Sentyment?
To jest jeden z powodów. Drugi jest taki, że ten zakład daje mi zajęcie. Może i kiepsko płatne, ale jednak jest to praca. A wiadomo, że jak człowiek siedzi długo sam w domu i nie ma nic do roboty, to dostaje głupich myśli. Teraz natomiast się nie nudzę, robię to, co kocham. Panie, gdybym tego nie kochał, to przychodziłbym tutaj, siedział w zimnym pomieszczeniu i dłubał w tych zegarkach (śmiech)? Mało klientów, wzrok tracę, ale... ciągle tu jestem. I chyba to się już nie zmieni.

Takie kłopoty mają też Pana koledzy po fachu? Zawód zegarmistrza powoli odchodzi do lamusa?
W przeszłości na Pomorzu i Śląsku było pełno zegarmistrzów, ot takie ich prawdziwe zagłębie. A teraz? W Gdańsku jest wprawdzie ich jeszcze niemało, ale z tego co się orientuję, tylko kilku z nich podejmuje się bardziej skomplikowanych napraw. Dużo z zegarmistrzów poszło bardziej w sprzedaż antyków...

A propos antyków, jaki najstarszy zegar Pan naprawiał?
Ten, który Pan tutaj widzi (zdjęcie numer 6, zegar na górze po prawej – przyp. red.), pochodzi z końcówki XIX wieku. Udało mi się go naprawić, ale klient nie przyszedł po jego odbiór. I tak już sobie u mnie wisi ten zegar od kilkunastu lat. To jest jeszcze żyłkowiec, napędzany przez cięciwę z jelita baraniego. Ona już się w nim zużyła, musiałem zastąpić ją odpowiednim nylonowym sznureczkiem. Naprawiałem też kieszonkowe zegary z wychwytem cylindrycznym. Ich wiek szacuję na jakieś ponad 200 lat.

Jest jakiś zegar w zakładzie, do którego czuje Pan szczególny sentyment?
Na pewno do tego antyku, o którym wspominałem wcześniej. No i jest jeszcze moja kukułka (śmiech). Ten zegar zobaczyłem, kiedy terminowałem w zakładzie. Od razu mi się spodobał. Postanowiłem go jakoś przyozdobić. Wyrzeźbiłem więc w drewnie te ornamenty (zdjęcie numer 6, zegar na górze po lewej – przyp. red.), zawiesiłem na ścianie i tak już pozostało.

Wspomniał Pan o kliencie, który nie odebrał swego zegara. Często tak się zdarza?
Oj często. Niektórzy klienci nie płacą z góry. Chcą to zrobić dopiero przy odbiorze. Zostawiają mi zegar do naprawy i już nie przychodzą. Raz miałem też ciekawą sytuację. Przychodzi do mnie pani, widzi swój naprawiony zegar, płaci, po czym mówi nagle: „Wie Pan co, u mnie zegar nie działał, teraz chodzi w najlepsze, może tu jest mu lepiej? Niech Pan go sobie zostawi”.

Pracuje Pan tutaj niemal już 25 lat. Dużo w tym czasie zmieniło się w okolicy?
Powiem Panu, że coraz mniej ludzi chodzi po tej ulicy, z kolei jest coraz więcej pustostanów. To kiedyś było nie do pomyślenia, aby taki wolnostojący lokal mógł długo stać niezagospodarowany, od razu kilku przedsiębiorców chciałoby go wynająć albo kupić. Teraz budynki są wyburzane, a nic nowego właściwie tu nie powstaje. Tak jest chyba od czasów powodzi. Po niej rozebrano wiele kamienic, wyprowadziło się sporo ludzi. Stara Orunia powoli zanika.

Pana zakład powódź oszczędziła?
Na szczęście rok przed powodzią wymieniłem tutaj drzwi i okna. Ale i tak bardzo bałem się o swój zakład. Nie mogłem się do niego dostać, zobaczyłem go w telewizji – na zewnątrz woda sięgała aż do parapetu. Pomyślałem wtedy: to koniec, wszystko zalane. Okazało się, że jednak nie było tak źle. Obyło się bez większych szkód. W przeciwieństwie chociażby do budynku obok. Powódź tak go zniszczyła, że musiał on później zostać rozebrany. I także w tym przypadku, nie powstało nic na jego miejsce.

Dziękuję za rozmowę